Czekamy na Was 24.10.2015r.

Szczegóły w zakładce \\\\\\\"Program Zjazdu\\\\\\\"

Wspomnień p. Andrzeja Kłody ciąg dalszy

Sięgając pamięcią wstecz doszedłem do wniosku, że niewiele mogę dołożyć do przebogatej palety wspomnień, anegdot oraz biogramów profesorów i absolwentów II LO. Lata spędzone w murach szkoły, pamięć o światłych, dobrych i życzliwych profesorach oraz wychowawcach zakiełkowała u mnie chęcią podzielenia się z koleżeństwem życiowymi drogami człowieka, który całkiem przypadkowo znalazł się w szeregach uczniów, a potem absolwentów szacownego II LO. Zbyt krótko mieszkałem w Częstochowie, przed wstąpieniem w mury szkolne, by mieć odwagę do recenzji otaczających mnie zdarzeń. Tuż po maturze zamieszkałem w Katowicach, a po następnych sześciu latach przeniosłem się do Tychów, gdzie mieszkam po dziś dzień. Pragnę poniżej przybliżyć mój świat, moją małą Ojczyznę, z którą od ponad 60 lat się utożsamiam. Pamięć dziecięcych lat, która kołacze się po dziś dzień po głowie oraz wyniesiona z domu rodzinnego miłość do tego skrawka ziemi sprawia, że jak tylko mogę to z przyjemnością spaceruję po bruku cieszyńskich uliczek, zaś w pogodny dzień z okien mojego mieszkania mam widok na szczyty Beskidu Śląskiego.

Program Zjazdu

„Wysokie góry i odziane lasy,
Jako rad na was patrzę, a swe czasy
Młodsze wspominam, które tu zostały (…)”
Jan Kochanowski

Jubileusz 95-lecia II Liceum Ogólnokształcącego im. Romualda Traugutta w Częstochowie

Dyrekcja i Grono Pedagogiczne II LO im. R. Traugutta w Częstochowie z prawdziwą przyjemnością zapraszają Wszystkich Absolwentów do uczestnictwa w obchodach Jubileuszu 95-lecia II Liceum Ogólnokształcącego im. R. Traugutta w Częstochowie, które odbędą się 24 października 2015 r.

Program uroczystości:

9.15 – 9.30        Spotkanie przed wejściem do Bazyliki Jasnogórskiej
9.30                      Msza św. w Bazylice Jasnogórskiej
10.30 – 11.00   Przemarsz uczestników zjazdu ze sztandarem do budynku szkoły
11.00                    Złożenie kwiatów pod popiersiem patrona szkoły
11.15                     Akademia z okazji jubileuszu w auli szkoły
12.00 – 16.00  Spotkania absolwentów poszczególnych roczników w salach lekcyjnych
14.00 – 16.00  Sentymentalna potańcówka w sali gimnastycznej
20.00                  Bal Absolwenta z widowiskiem „Światło i Dźwięk” w Złotym Potoku w restauracji Kmicic

Uwaga! Zapewniamy transport w obie strony (w cenie balu). Chętni proszeni są o zdeklarowanie się mailowo na adres zjazd@traugutt.net

Szkoła na wesoło – wspomnienia p. Wiesława Kolana (matura 1959)

Pan prof. Teodor Kusznir był bardzo miłym profesorem i radosnym człowiekiem. Często dotykały Go „wypowiedzi” naszego kolegi brzuchomówcy /podobnie jak to opisał we wspomnieniach, kolega z klasy, ks. bp Antoni Długosz, wymieniając p.prof.Litwińską/. Trudno było /dla niewtajemniczonego/ zorientować się skąd głos jest „nadawany”. Najczęściej można było przypuszczać, że głos pochodzi z za drzwi wejściowych lub z balkonu, bo klasa była mała, ale dwoje drzwi miała. No i wiadomo co można było słyszeć – imię profesora, akcentowane i rozciągane „Teoś, Teeooś, Teeeoooś „itp.. I teraz, co się działo? Pan prof. /jak zaznaczyłem wcześniej – człowiek radosny/ udawał, że nie słyszy, ale niezauważalnie przesuwał się, boczkiem, w kierunku drzwi wejściowych.
Gdy już wiedział, że może szybko otworzyć drzwi i złapać „nadawcę” – momentalnie drzwi otwierał i wyskakiwał na korytarz. My tłumiliśmy śmiech, bo przecież wiedzieliśmy, że nikogo tam nie ma. Ale przy posturze profesora /trochę puszysty i niski/ takie szybkie ruchy wywołać musiały radość. Niestety – profesor po tym niepowodzeniu, wracał zawiedziony do klasy, ale jak się okazało, wcale nie zniechęcony co do konieczności wykrycia nadawcy swego imienia. Sposobność nadarzała się dość często. Inna taktyka pana profesora polegała na tym, że przypuszczał, iż głos dochodzi z balkonu, lub przez balkon z sąsiadującej z balkonem klasy.

Wspomnienia p. Andrzeja Kłody (matura 1969)

  100_0637 W czasach, w których przyszło mi przebywać w szkolnych murach, panowała powszechna moda na grę sportową tzw. cymbergaja.  Cymbergaj to gra z ponad stuletnią tradycją w Polsce. Była to podwórkowo-szkolna gra, popularna szczególnie wśród dzieci i młodzieży w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Obecna w kilku odmianach.  Ślady tej popularności odnaleźć można między innymi w literaturze młodzieżowej Adama Bahdaja czy Edmunda Niziurskiego.

W szkole graliśmy w odmianę gry tzw. cymbergaj grzebieniowy. Do gry używało się trzech monet. Dwie z nich z reguły większe (np. 2 zł) były stosowanie, jako zawodnicy, a trzecia o wyraźnie mniejszej masie (np. 10, 20gr), jako piłka. Gra toczyła się na boisku (biurko, ławka szkolna) z zaznaczonym środkiem, polem karnym i bramkami. Jej celem jest strzelenie jak największej ilości goli przeciwnikowi, używając grzebieni (stąd nazwa) lub przyrządów przemyślnie wykonanych z linijek czy ekierek służących do uderzania zawodników tzw. suwek. Służyły one do przesuwania monet i kierowania nimi „piłki” w kierunku bramki przeciwnika.

Gra była rozpowszechniona w szkole i budziła tyle emocji, że trudno dziś wskazać podobne zjawisko. Przemyślne zagrywki dziesiątki razy ćwiczone, często gęsto na lekcji pod ławkami. Sprzęt w formie właściwych monet dobranych według wielkości i ich masy. Wymyślne kształty linijek służących do uderzeń o monety. To główne atrybuty gracza.

Wspomnienia p. Jerzego Zawadowicza

-Moje wspomnienie z „Traugutta”

Częstochowa, 3 listopad 2008

Kiedy myślę o młodości i w ogóle o najlepszych latach mojego życia, które wiązały ze sobą możliwe jeszcze do spełnienia marzenia i pozytywne doznania wynikające z poznawania świata, nieodparcie nasuwa się myśl, że były to lata spędzone w II liceum ogólnokształcącym im. R. Traugutta w Częstochowie.

Począwszy od wyboru tej szkoły po podstawówce, kiedy słyszałem historie mojego ojca- absolwenta Traugutta jak i moich bliższych i dalszych krewnych, a także opowieści o nauczycielach- postaciach barwnych i nietuzinkowych- wybór nasuwa się niejako naturalnie. Później pierwsze tak duże przeżycie- zdanie egzaminu wstępnego i  wreszcie pierwsza lekcja w nowej klasie. Profesor Zyguła- nasz wychowawca ze swadą i humorem przedstawiał wymagania, którym jako uczniowie tak zasłużonego liceum będziemy musieli sprostać. Zainteresowani, co niesie ten nowy świat, zaczynaliśmy naukę w nowym gronie kolegów. Aby bardziej scementować towarzystwo, profesor Zyguła wprowadzał nowe zwyczaje. Jeżeli ktoś zachorował, koleżanki i koledzy mieli go odwiedzać. W ten sposób szybko zacieśniały się koleżeńskie przyjaźnie. Szybko przekonaliśmy się, że Traugutt to był niesłychanie barwny świat ciekawych osobowości. Dotyczyło to zarówno uczniów,  ale także,  a może przede wszystkim grona pedagogicznego. Matematyki uczył profesor Zyguła. Wymagający, ale dający z siebie bardzo dużo. Rzadko kiedy udaję się spotkać nauczyciela matematyki, który w ciekawy i przemyślany sposób potrafił nauczyć matematyki wyłącznie na lekcji. Dbał o to, żeby wszyscy zrozumieli przedmiot i nauczyli się go. Dlatego miał też niepodważalny autorytet i szacunek nawet wśród tych, którym nie szło najlepiej. Byliśmy niewątpliwie ”klasą Zyguły”.
Jednak ”nie samą nauką”… Wśród nauczycieli , którzy wmuszanie nam wiedzy traktowali jako swój święty obowiązek byli i tacy, którzy podjęli się organizowania czasu wolnego młodzieży.
Trzeba, pamiętając tamte lata, przyznać że nie byliśmy w liceum poddawani indoktrynacji przez „jedynie słuszną” ideologię.

Wspomnienia p. Marka Walarowskiego

Całe moje życie związane jest z muzyką. Zagrałem setki koncertów mniejszej i większej rangi- również przed wielotysięczną widownią z transmisjami radiowo-telewizyjnymi. Wszystkie poprzedzone były próbami, podczas których się …nudziłem. Dlaczego?- Pora cofnąć się do początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Już w pierwszej klasie Liceum dostałem się do szkolnego zespołu muzycznego. Jego skład krystalizował się stopniowo. Odbywaliśmy regularne próby dwa razy w tygodniu,  centrum naszego zainteresowania była pop music w jej najbardziej ambitnej formie. Opiekunem zespołu był prof. Krzysztof Pośpiech, który ,jak pokazał czas, sporo nas nauczył, a któremu ja zawdzięczam szczególnie wiele. To On wspierał mnie w drodze na bardzo elitarne studia, których konsekwencją były moje późniejsze sukcesy i zaszczyty.
Czas zatarł już nieco wspomnienia i nie pamiętam momentu, w którym nasz  Zespół znalazł się w strukturach Harcerstwa. Pamiętam tylko, że był to okres, kiedy wszystko, co najlepsze w naszej szkole, nosiło mundurek i, jak pokazała przyszłość, ich posiadacze nie musieli się wstydzić swoich życiorysów. Do dziś postrzegam Harcerstwo przez pryzmat osoby prof. Włodzimierza Kolmana i tego, co przełożyło się na moje muzyczne zainteresowania. Zagraliśmy mnóstwo koncertów, braliśmy udział w realizacji programu telewizyjnego, a także dokonaliśmy nagrań w Studio Polskiego Radia w Opolu, z którym z tytułu moich licznych występów na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej, byłem związany przez długie lata. Realizatorzy moich autorskich nagrań pamiętali po latach  i wspominali z sympatią grupę entuzjastów z Częstochowy. Nie wspomnę już ile przygotowań i prób wpłynęło na ten nasz  sukces. Jedno jest niezaprzeczalne- tamte próby, w konfrontacji z tymi późniejszymi, „profesjonalnymi”-   były fantastycznie ciekawe. Dziś również wiem, jako wykładowca w Instytucie Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach, że wcale nie tak łatwo jest wskrzesić pasję u młodych ludzi, więc moja wdzięczność i podziw dla naszych opiekunów jest tym większa, zwłaszcza, że nie tylko ja jeden z naszego Zespołu pozostałem wierny muzyce. Ale o tym niech opowiedzą oni sami…
Harcerstwo, to nie była dla mnie tylko muzyka. To również były obozy i fajna zabawa. Ale ta część wspomnień ma charakter bardziej osobisty. Dziś wiem, że był to najpiękniejszy czas w moim życiu. Nigdy nikogo i niczego nie zapomnę i za wszystko bardzo, bardzo dziękuję.

Wspomnienia (2008r.) p. Krzysztofa Pośpiecha

W II LO im. R. Traugutta pracowałem 20 lat (1967–1987). Zaczynałem jako prawie początkujący nauczyciel wychowania muzycznego, będąc niewiele starszym od uczniów… Z perspektywy czasu sądzę, że mam pełne prawo powiedzieć, że w miarę szybko „dogadałem się” z uczniami i naprawdę polubiłem tę pracę. Myślę także, że pracując z tymi młodymi ludźmi, uczyłem się przy nich sam, szczególnie dydaktyki i rzemiosła muzycznego.

Mając do czynienia z młodymi, inteligentnymi ludźmi, często o dużych predyspozycjach muzycznych (był podział klas na grupę plastyczną i muzyczną) należało tylko stworzyć mechanizmy i zachęty, by przedmiot wychowania muzycznego nie stał się przysłowiowym „michałkiem” w hierarchii nauczanych przedmiotów. Sądzę dziś, że postawiłem młodzieży dość wysokie wymagania dydaktyczne, a z drugiej strony organizowałem im wiele atrakcyjnych występów, np. wycieczek integrujących ich w pracy artystycznej. Myślę, że większość tych założeń pedagogicznych udało się zrealizować, głównie dzięki osiągniętym w miarę szybko efektom ich pracy.

Funkcjonowały wtedy w różnym czasie takie zespoły, jak: wielogłosowy chór mieszany, żeński, mały zespół wokalny, zespół instrumentalny i soliści– wokaliści, a nawet zespół pieśni i tańca.

Mogły one funkcjonować w oparciu o przedmiot wychowania muzycznego i wykorzystanie faktu, że uczyło się w naszej szkole również kilku uczniów szkoły muzycznej.

Po latach, obok ogólnej atmosfery panującej w szkole, najbardziej pamiętam kilka epizodów, które miały wpływ na moją pracę oraz wiele zabawnych sytuacji ze szkolnego życia.

Wspomnienia p. Wiesława Paluszyńskiego (matura 1973)

W 1973 roku wczesną wiosną w na zamku w Olsztynie k. Częstochowy spotkała się gromadka młodych. Spotkanie było ważne. Jaskinia zamkowa spowita w cienie rozświetlane blaskiem kilku słabo migoczących pochodni. I słowa, które padły: „Przyjmuje obowiązki instruktora Związku Harcerstwa Polskiego……”. Każdy z nowych instruktorów złożył podpis pod tekstem zobowiązania instruktorskiego. Ten tekst przetrwał ze mną wszystkie te lata i załączam go do tego mojego krótkiego wspomnienia. Podpisali się na nim wszyscy nowi „organizatorzy” (tak się wtedy nazywał pierwszy stopień instruktorski).  Dla mnie było to zakończenie dwóch lat budowania od podstaw drużyn harcerskich w naszym Liceum, dla młodszych było to rozpoczęcie przygody z harcerstwem w innej roli, roli instruktorów ZHP. Za kilka miesięcy miałem zdawać egzamin maturalny i chciałem, aby Szczep Harcerski im. Bohaterów Powstania Styczniowego jaki odbudowałem w ciągu dwóch lat z praktycznego niebytu, stał się ważnym miejscem aktywności dla moich młodszych koleżanek i kolegów. Ilość nowych instruktorów była znaczna. Perspektywy otwierały się świetlane, ale dla mnie było to pożegnanie z Częstochową, wybrałem studia na Politechnice Warszawskiej i musiałem wyjechać.

Wśród samych młodych stojących w jaskini był jeden starszy, a był nim prof. Włodzimierz Kolman, którego namówiłem na przejęcie funkcji Komendanta Szczepu. Ładnie to dzisiaj brzmi „namówiłem”. Jak do czegokolwiek mógł namówić uczeń przed maturą swojego nauczyciela,    a jednak…. Jedno mieliśmy wspólne;  profesor i ja mieliśmy taki sam stopień instruktorski, więc porozumieliśmy się. Szczep prowadziłem do samej matury, a w czerwcu 1973 roku Komendantem Szczepu został w miejsce ucznia i absolwenta, nauczyciel. W tamtym okresie było to ważne. Znacznie zwiększyło  możliwości działania w porozumieniu ze szkołą. Druh Włodzimierz Kolman był człowiekiem niespożytej energii i wspaniałym partnerem dla wszystkich instruktorów w szkole i poza szkołą. Wcale mu to nie przeszkadzało w wyciskaniu z instruktorów na lekcjach siódmych potów w nauce jeżyka rosyjskiego. Jeśli ktokolwiek nauczył mnie rozumieć ducha i melodykę tego języka, co w dorosłym życiu wielokrotnie się przydało, to był to właśnie prof. Włodzimierz Kolman. Udało mu się nauczyć piękna literatury rosyjskiej w oderwaniu od indoktrynacji politycznej, po latach trzeba o tym pamiętać !!!!

Wspomnieniea p. Tadeusza Nadrowskiego (matura 1980)

MOTTO:
„Nauka oraz uczestniczenie w życiu II LO im. R. Traugutta należą niewątpliwie do najważniejszych i najlepszych okresów w moim życiu.”

Jest wiele powodów,  dla których tak sformułowałem motto mojej wypowiedzi.
Szare, pełne bylejakości, braku perspektyw na perspektywy dla wielu ludzi czasy w PRL były dla mnie okresem rozwoju, fascynacji i młodzieńczej radości z wielu powodów.
Do najważniejszych niewątpliwie należy atmosfera domu rodzinnego. Rodzice nauczyli mnie odróżniać dobro od zła, szacunku dla drugiego człowieka, miłości do najbliższych, mówili mi o prawdziwej historii Polski, a wszystko to  w  warunkach dużej elastyczności z ich strony i pełnego do mnie zaufania.
Drugim filarem mojego wychowania i rozwoju było uczestnictwo w życiu młodzieży parafialnej Parafii Św. Zygmunta w Częstochowie skupionej w liczbie około 1000 osób wokół osoby księdza Stanisława Boreckiego. Z perspektywy czasu odkrywam, jak wielki wpływ na moje życie wywarł ten człowiek. Potrafił on nauczać, słuchać, angażować do wspólnej pracy, mądrze pomagać, rozwiązywać problemy i fascynować tak dużą i różnorodną grupę młodzieży w czasach, w których beznadziejność była zjawiskiem powszechnym. Przy tej okazji chciałbym złożyć nieżyjącemu już księdzu Stanisławowi Boreckiemu hołd i wyrazy wielkiego szacunku.
Trzecim filarem kształtowania mojej osobowości, wychowania i rozwoju była szkoła średnia
II  LO im. Romualda Traugutta w Częstochowie. Mógłbym się zastanawiać nad nadaniem wagi dla wszystkich trzech ścieżek mojego rozwoju, ale myślę, że najlepiej zdefiniuję ich rolę jako spójny, kompletny i wzajemnie uzupełniający się system, w atmosferze którego miałem szczęście dojrzewać.
Jako młody człowiek  byłem ( również obecnie jestem ) dumny z tego, że uczęszczałem do „Traugutta”.  Dzisiaj oceniam ten okres jako czas solidnej nauki i pracy, wielkich przyjaźni, czasami porażek, świetnych młodzieńczych inicjatyw i zabawy na dobrym poziomie i czas, kiedy wszystko, co robiłem, dawało mi dużo radości i satysfakcji.
Wiele aspektów i zjawisk składa się na taką ocenę.

Wspomnienia p. Marka Bogdana

Cudowne Lata.

 Mam na imię Bogdan, jestem absolwentem II LO im. Romualda Traugutta w Częstochowie. Parę razy w życiu miałem szczęście. W 1974 roku trafiłem do tej właśnie szkoły i w tamtym właśnie czasie – to jedno z moich szczęść. Cztery lata nauki w tej szkole to moje cztery intensywnie przeżyte lata życia. Często zastanawiam się, czemu tak ciepło wspominam tamten okres, czemu tak serdecznie wspominam większość Profesorów i uczniów. Uczniem byłem przecież przeciętnym, a na większość dobrych ocen musiałem ciężko, ciężej niż wielu bardziej zdolnych kolegów pracować – wszak do dzisiaj nie jestem ani szczególnie błyskotliwy, ani szczególnie pojętny. Nie byłem gwiazdą. Sądzę, że przyczyna nie tkwi wyłącznie w tęsknocie za młodymi, cudownymi latami. Myślę, że Traugutt miał wtedy to coś, tę atmosferę niespotykaną przeze mnie wcześniej i później. Lenistwo i beztroska podstawówki skończyły się. Pojawiły się dużo większe wymagania stawiane przez nauczycieli, były treningi na basenie, wycieczki, obozy, imprezy organizowane na terenie szkoły, działał zespół Totem, powstawał radiowęzeł, była ciemnia fotograficzna. Mogłem znaleźć coś dla siebie, miałem w czym wybierać.

Dla mnie ważne jest, że był też bardzo prężnie działający szczep harcerski pod opieką profesora Kolmana. Nawet nie pamiętam, jak to się stało, że zostałem harcerzem. Pociągnęli mnie chyba koledzy z klasy i zaczęło mi być w tym dziwnym harcerstwie dobrze. Czemu dziwnym? Dziwnym dlatego, że owszem były czerwone krajki, brzydkie mundury, była nazwa „Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej”, ale był też profesor Kolman, który tak to prowadził, że mało kto wiedział o przymiotniku w nazwie. Z tego harcerstwa słabo pamiętam zbiórki, apele. Pamiętam natomiast, że po raz pierwszy w życiu spotkałem się z powierzaniem nastolatkowi odpowiedzialnych na tamten czas zadań. Na przykład przygotowań do wycieczek i obozów. Włodek, bo tak mówiliśmy na profesora Kolmana, organizował wyjazdy perfekcyjnie. Mogę się jedynie domyślać, ile wysiłku i różnorodnych zabiegów wymagało w tamtych czasach załatwienie formalności związanych z organizacją wycieczki w góry, a organizacja obozu do Rumunii czy Bułgarii musiała być olbrzymim logistycznym wyzwaniem i przedsięwzięciem. Profesor dbał o to, abyśmy zaczynali przygotowania kilka miesięcy wcześniej. To był przegląd techniczny wszystkich namiotów, materacy, leżaków, sprzętu oświetleniowego, kuchenek gazowych itp. Czasem trzeba było coś zreperować, poprawić – ja nie umiałem, ale pomagałem kolegom, którzy potrafili, podglądałem i sam się uczyłem. Robiliśmy to chętnie, prawie zawsze po lekcjach. Później ktoś robił zakupy (konserwy, ryże, makarony, czekolady) – pamiętać należy, że działo się to od 1976 roku  w „Polsce kartek na cukier”.