Category Archives: Wspomnienia

Wspomnieniea p. Tadeusza Nadrowskiego (matura 1980)

MOTTO:
„Nauka oraz uczestniczenie w życiu II LO im. R. Traugutta należą niewątpliwie do najważniejszych i najlepszych okresów w moim życiu.”

Jest wiele powodów,  dla których tak sformułowałem motto mojej wypowiedzi.
Szare, pełne bylejakości, braku perspektyw na perspektywy dla wielu ludzi czasy w PRL były dla mnie okresem rozwoju, fascynacji i młodzieńczej radości z wielu powodów.
Do najważniejszych niewątpliwie należy atmosfera domu rodzinnego. Rodzice nauczyli mnie odróżniać dobro od zła, szacunku dla drugiego człowieka, miłości do najbliższych, mówili mi o prawdziwej historii Polski, a wszystko to  w  warunkach dużej elastyczności z ich strony i pełnego do mnie zaufania.
Drugim filarem mojego wychowania i rozwoju było uczestnictwo w życiu młodzieży parafialnej Parafii Św. Zygmunta w Częstochowie skupionej w liczbie około 1000 osób wokół osoby księdza Stanisława Boreckiego. Z perspektywy czasu odkrywam, jak wielki wpływ na moje życie wywarł ten człowiek. Potrafił on nauczać, słuchać, angażować do wspólnej pracy, mądrze pomagać, rozwiązywać problemy i fascynować tak dużą i różnorodną grupę młodzieży w czasach, w których beznadziejność była zjawiskiem powszechnym. Przy tej okazji chciałbym złożyć nieżyjącemu już księdzu Stanisławowi Boreckiemu hołd i wyrazy wielkiego szacunku.
Trzecim filarem kształtowania mojej osobowości, wychowania i rozwoju była szkoła średnia
II  LO im. Romualda Traugutta w Częstochowie. Mógłbym się zastanawiać nad nadaniem wagi dla wszystkich trzech ścieżek mojego rozwoju, ale myślę, że najlepiej zdefiniuję ich rolę jako spójny, kompletny i wzajemnie uzupełniający się system, w atmosferze którego miałem szczęście dojrzewać.
Jako młody człowiek  byłem ( również obecnie jestem ) dumny z tego, że uczęszczałem do „Traugutta”.  Dzisiaj oceniam ten okres jako czas solidnej nauki i pracy, wielkich przyjaźni, czasami porażek, świetnych młodzieńczych inicjatyw i zabawy na dobrym poziomie i czas, kiedy wszystko, co robiłem, dawało mi dużo radości i satysfakcji.
Wiele aspektów i zjawisk składa się na taką ocenę.

Wspomnienia p. Marka Bogdana

Cudowne Lata.

 Mam na imię Bogdan, jestem absolwentem II LO im. Romualda Traugutta w Częstochowie. Parę razy w życiu miałem szczęście. W 1974 roku trafiłem do tej właśnie szkoły i w tamtym właśnie czasie – to jedno z moich szczęść. Cztery lata nauki w tej szkole to moje cztery intensywnie przeżyte lata życia. Często zastanawiam się, czemu tak ciepło wspominam tamten okres, czemu tak serdecznie wspominam większość Profesorów i uczniów. Uczniem byłem przecież przeciętnym, a na większość dobrych ocen musiałem ciężko, ciężej niż wielu bardziej zdolnych kolegów pracować – wszak do dzisiaj nie jestem ani szczególnie błyskotliwy, ani szczególnie pojętny. Nie byłem gwiazdą. Sądzę, że przyczyna nie tkwi wyłącznie w tęsknocie za młodymi, cudownymi latami. Myślę, że Traugutt miał wtedy to coś, tę atmosferę niespotykaną przeze mnie wcześniej i później. Lenistwo i beztroska podstawówki skończyły się. Pojawiły się dużo większe wymagania stawiane przez nauczycieli, były treningi na basenie, wycieczki, obozy, imprezy organizowane na terenie szkoły, działał zespół Totem, powstawał radiowęzeł, była ciemnia fotograficzna. Mogłem znaleźć coś dla siebie, miałem w czym wybierać.

Dla mnie ważne jest, że był też bardzo prężnie działający szczep harcerski pod opieką profesora Kolmana. Nawet nie pamiętam, jak to się stało, że zostałem harcerzem. Pociągnęli mnie chyba koledzy z klasy i zaczęło mi być w tym dziwnym harcerstwie dobrze. Czemu dziwnym? Dziwnym dlatego, że owszem były czerwone krajki, brzydkie mundury, była nazwa „Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej”, ale był też profesor Kolman, który tak to prowadził, że mało kto wiedział o przymiotniku w nazwie. Z tego harcerstwa słabo pamiętam zbiórki, apele. Pamiętam natomiast, że po raz pierwszy w życiu spotkałem się z powierzaniem nastolatkowi odpowiedzialnych na tamten czas zadań. Na przykład przygotowań do wycieczek i obozów. Włodek, bo tak mówiliśmy na profesora Kolmana, organizował wyjazdy perfekcyjnie. Mogę się jedynie domyślać, ile wysiłku i różnorodnych zabiegów wymagało w tamtych czasach załatwienie formalności związanych z organizacją wycieczki w góry, a organizacja obozu do Rumunii czy Bułgarii musiała być olbrzymim logistycznym wyzwaniem i przedsięwzięciem. Profesor dbał o to, abyśmy zaczynali przygotowania kilka miesięcy wcześniej. To był przegląd techniczny wszystkich namiotów, materacy, leżaków, sprzętu oświetleniowego, kuchenek gazowych itp. Czasem trzeba było coś zreperować, poprawić – ja nie umiałem, ale pomagałem kolegom, którzy potrafili, podglądałem i sam się uczyłem. Robiliśmy to chętnie, prawie zawsze po lekcjach. Później ktoś robił zakupy (konserwy, ryże, makarony, czekolady) – pamiętać należy, że działo się to od 1976 roku  w „Polsce kartek na cukier”.

Wspomnienia p. Piotra Machury

Kiedy zadaję sobie pytanie „Czym dla mnie było harcerstwo w Traugucie?”, uświa- damiam sobie, że tak zadane pytanie ujawnia pewien podtekst. Dlatego sądzę, że postawione jest właściwie. Należy bowiem zdecydowanie odróżnić zwykłe harcerstwo od harcerstwa w Traugucie. Mając w pamięci wszystko, co otaczało nas w tamtych czasach, trzeba otwarcie powiedzieć, że były to dwa różne pojęcia!
Ilekroć wracam myślami do tamtego okresu, są to zawsze bardzo miłe wspomnienia. Tyle rzeczy działo się co dzień. Czasem tak dużo, że na naukę trochę brakowało czasu.
Spędziłem w Traugucie trzy lata i tyle samo w organizacji, która nazywana była harcerstwem a właściwie Harcerską Służbą Polsce Socjalistycznej, okropność. Nie pamiętam, aby ktoś z nas przywiązywał  wagę do tej oficjalnej nazwy, dla większości  najważniejsze było, ze tworzymy coś wyjątkowego. Kiedy dzisiaj, z ponad trzydziestoletniej perspektywy mam odpowiedzieć na pytanie „czym było to, co stworzyła dla nas organizacja?” Nasuwa mi się na myśl truizm , że była to dobra szkoła Życia.
Teraz jestem przedsiębiorcą i zarządzam sporą grupą ludzi. Prawie codziennie otrzymuję oferty szkoleń o przeróżnej tematyce. Bez wielkiej przesady mogę stwierdzić, ze nie ma tam  niczego, czego w naszym harcerstwie byśmy nie doświadczali.
Zarządzanie zespołem, zarządzanie czasem, zarządzanie sobą, zarządzanie projektami, negocjacje handlowe, logistyka, zarządzanie konfliktem, zarządzanie w warunkach kryzysu, zarządzanie w stresie, delegowanie uprawnień, odpowiedzialny biznes  to tylko niektóre tematy proponowanych dzisiaj szkoleń. My wtedy,  30 lat temu,  nieświadomie przerabialiśmy w praktyce zagadnienia z tych seminariów. W warunkach zaawansowanego socjalizmu przemierzaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz , bez kompleksów zapuszczaliśmy się do sąsiednich krajów. Przy permanentnym braku wszystkiego w sklepach, w niemal każdym z krajów byłego bloku sowieckiego, my potrafiliśmy zupełnie przyzwoicie wyżywić przez trzy tygodnie siedemdziesiąt osób na campingach Bułgarii, Rumunii czy NRD. Każdy z takich wyjazdów był potężnym wyzwaniem operacyjno-logistycznym, w którym musieliśmy otrzeć się o większość kompetencji wymaganych przy zarządzaniu projektami. Od planowania, poprzez przygotowanie, budżetowanie, zaopatrzenie, zarządzanie realizacją po zapewnienie bezpieczeństwa.

Wspomnieniea p. Sławomira Litwińskiego

                    … tylko włosów żal

Namówiony na chwilę wspomnień z działalności  w harcerstwie w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku w II Liceum im. R. Traugutta w Częstochowie, usiłuję „odgrzebać” w pamięci zdarzenia i atmosferę z tamtych lat. Relacja będzie mało wysublimowana językowo, bo czegóż można oczekiwać od zdeklarowanego technokraty.
Połowa lat siedemdziesiątych to również połowa „epoki Edwarda Gierka”, ale pomimo działania w Harcerskiej Służbie Informacyjnej w zasadzie nigdy nie odczułem socjalistycznej indoktrynacji politycznej, może ze względu na komendanta szczepu prof. Włodzimierza Kolmana, może ze względu na moje neutralne zainteresowania elektroniką.
Wszystko zaczęło się chyba w 1973 r. od nagłaśniania spotkań dyrekcji z uczniami. Pamiętam wielkie kolumny, które rozstawialiśmy w korytarzach oraz mnóstwo kabli. Nie pamiętam skąd wziął się pomysł zbudowania szkolnego radiowęzła, ale przypuszczam, że od prof. Kolmana, który w swoich czasach studenckich działał w akademickim radiu w Opolu. Pierwszym zakupem szkolnym była radiola stosowana w zakładowych radiowęzłach różnych ówczesnych fabryk. Stuwatowy lampowy jej wzmacniacz był potęgą w owych czasach, w dobie dwuwatowych gramofonów „Bambino”.
Po zakupie specjalnych głośników do każdej sali, chyba w 1974, rozpoczęła się budowa radiowęzła. Od początku w samą budowę, a później w obsługę, byli zaangażowani sami uczniowie, co wiem skądinąd, jest kontynuowane do dzisiaj.  Największym problemem tamtych czasów były braki materiałowe. Pamiętam, że np. niezbędny kabel ekranowany był kupiony w czasie jakieś wycieczki we wschodnie tereny kraju. Po zdobyciu niezbędnych materiałów rozpoczęła się budowa studia, reżyserki dźwięku, a przy okazji też harcówki mającej służyć spotkaniom druhów. Problemem była fatalna akustyka studia, której nie poprawił wymyślny sufit z płyt styropianowych, a dopiero płyty tłumiące na ściany, otrzymane jako dar od kina.
Osobnym problemem było rozprowadzenie instalacji głośnikowej do każdej sali w szkole. Prowadzenie przewodów na ścianach musiało zostać ograniczone do minimum ze względu na możliwość uszkodzenia, jak i względów estetycznych. Główne kable zostały poprowadzone zatem w kanałach ciepłowniczych. Zwiedziłem zatem szkołę w miejscach, gdzie rzadko kto bywał. Prowadząc np. kabel na szkolne boisko, raptem znalazłem się pod dnem basenu. Nigdy nie przypuszczałem, że tam jest jakiejś przejście. Pewnego razu w trakcie wykonywania połączeń okazało się, że część sal nie jest podłączona, a powinna. Po wczołganiu się w kanały C. O. okazało się, że urwany jest jeden przewód. Ponieważ nie miałem przy sobie innych narzędzi oprócz śrubokręta, postanowiłem zatem zdjąć izolację zębami w trakcie pracy. Głośniki pracowały pod napięciem 120 V, tak więc nie była to czynność przyjemna, pomimo zachowania ostrożności. Dlatego zapewne tak dobrze pamiętam ten fakt.

Wspomnienia p. Janusza Lama (matura 1976)

Częstochowa, październik 2008

 Wspomnienia z działalności w harcerstwie w liceum

Kiedy w 1972 r. przekraczałem po raz pierwszy próg Liceum im. Romualda Traugutta w Częstochowie, rozpoczynał się w moim życiu- podobnie jak w życiu moich rówieśników- nowy etap. Skończyło się definitywnie nasze dzieciństwo.
Nie pamiętam już , co sprawiło. że zapisałem się do „jedynie słusznej organizacji młodzieżowej” w owych czasach czyli harcerstwa. Przedtem i zawsze potem aż do upadku komuny wystrzegałem skutecznie się takich związków. Na pewno sprawił to jakiś przypadek.
Prawie w tym samym czasie przyszedł do naszego liceum prof. Włodzimierz Kolman i przejął opiekę nad harcerstwem w szkole. Szła za Nim legenda surowego i wymagającego belfra. W dobie panującego w środowisku młodzieżowym tumiwisizmu wraz z kilkoma kolegami chcieliśmy w związku z tym czym prędzej się wypisać z organizacji. Co spowodowało, że tego nie zrobiliśmy- także nie wiem. Na pewno znowu decydował w tym momencie przypadek. Okazało się, że ta młodzieńcza decyzja miała ogromne znaczenie nie tylko dla moich licealnych lat.
Szkoła w tym czasie służyła poza nauką  głównie indoktrynacji ideologicznej młodzieży- tworzenia „socjalistycznego społeczeństwa” ze wszystkimi tego konsekwencjami. Odruchem buntu naszego pokolenia wobec takiego świata był- jak pisałem już wcześniej- wszechogarniający tumiwisizm i działanie określane ironicznie mianem „żeby Polska nie zginęła”.
Tymczasem szybko okazało się, że w naszej organizacji nie chodzi o ideologię i fasadość działań, którą dobrze znałem z wielu przykładów tej samej organizacji w innych szkołach, również w mojej podstawówce- capstrzyki ku czci radzieckich bohaterów, wieczornice o wyższości ustroju socjalistycznego …, itd., itd.

Wspomnienia p. Jarosława Kweclicha

Dawno temu w Częstochowie

            Dzisiaj, przed południem zadzwonił do mnie prof. Kolman z pytaniem czy napiszę coś o harcerstwie z czasy, kiedy pobierałem nauki w II LO im. Romualda Traugutta. Spytałem o objętość tekstu – odpowiedział- Gosia Diederen napisała 6 stron. Ja na to, że zawsze pisała ładne i długie wypracowania. On na to: pytałeś, Ja na to odpowiedziałem. Zapytałem, ile mam czasu. Niewiele. No to do roboty.

            Pobieranie nauk wszelakich w „Traugucie” przypada na lata 1972 – 76. Szkoła z tradycjami, jedna z najlepszych w Częstochowie. Pierwszym wychowawcą „mojej” klasy I B został mgr Włodzimierz Kolman – Nauczyciel języka rosyjskiego. Trzeba nadmienić w tym miejscu, że nie lubiliśmy tego języka – jednoznacznie kojarzył się z przymusem politycznym (nic nie przepowiadało końca komuny). Potrafił wziąć za gardło, wepchnąć nam kawałek wiedzy. Klasa I B to zbieranina różnych postaw, charakterów. Szkoła średnia to czas idealizmu, gniewu pokoleniowego, negacji autorytetów, a może ich poszukiwania.

            Drużyna harcerska już istniała w liceum. Jak działa, mam mroczne wyobrażenie. Nie pamiętam momentu, kiedy zapisałem się do niej. Czy była to jeszcze pierwsza klasa, czy później. Odbywały się jakieś zbiórki, szkolenia, wyjazdy na Jurę, biwaki, rajdy, zdobywanie sprawności. Pewne jest jedno. Ożywienie harcerstwa w „Traugucie” nastąpiło wraz z objęciem drużyny przez Profesora Kolmana. Zaczęło się naprawdę dziać. Urządzanie harcówki, organizacja radiowęzła szkolnego (kucie dziur w ścianach, rozprowadzanie przewodów do sal wykładowczych), tworzenie audycji radiowych. Robiliśmy to w dużej części sami. Trudności pojawiły się nawet przy zakupie munduru harcerskiego. Zaczyna się tworzyć zespół „TOTEM”. Nie przesadzę mówiąc, że w pewnym momencie stał się zjawiskiem kulturowym, tak jak sztandarowy zespół harcerstwa „Gawęda”. Dzisiaj „Totem” moglibyśmy nazwać multimedialnym przedsięwzięciem artystycznym. Zaczęły ujawniać się talenty śpiewacze, aktorskie, kompozytorskie, plastyczne. To było prawdziwe wydarzenie – występy na scenie klubu Politechnik. Napięcie, jak nasze starania zostaną odebrane przez widownię, czy wszystko wypali. Było ekstra, zaiskrzyło.

Wspomnienia p.Wojciecha Kmity

Drużyna żeglarska w II LO im R. Traugutta

Na początku drugiej klasy dopadła mnie myśl: podczas gdy ja od pięciu już lat żegluję i brałem nawet udział w dwóch „poważnych” rejsach morskich, to nie tylko w mojej szkole, ale i w moim mieście, młodzi ludzie nie mają łatwego dostępu do tej fascynującej (mnie) dziedziny sportu. Ba, wielu z nich nie miało nawet pojęcia, że epoka żagli nie skończyła się wraz ze zniknięciem z mórz wielkich żaglowców i że istnieje coś takiego jak żeglarstwo przyjemnościowe. W Częstochowie zaczynał się dopiero – wraz z powstaniem w 1975 r. województwa częstochowskiego – rozwój tej dziedziny aktywności na skalę szerszą niż kilka przyzakładowych klubów sportów wodnych, które wprawdzie czasami przyjmowały chętnych spoza macierzystych przedsiębiorstw, ale nie prowadziły na terenie miasta akcji propagujących żeglarstwo. Postanowiłem więc założyć na terenie szkoły klub żeglarski – co to za problem, skoro może mieć huta to czemu nie nasze liceum!?

Wtedy oczywiście nie wiedziałem, że powołanie takiego uczniowskiego klubu, którego członkowie mieliby pełne możliwości samodzielnego żeglowania, jest w zasadzie nierealne – z powodów materialnych, prawnych, a także dlatego, że wśród grona nauczycielskiego nie było pasjonatów tej dziedziny sportu, więc z braku fachowej opieki nad uczniami należałoby przyblokować taką inicjatywę. I dobrze, że nie wiedziałem, bo kilka sprzyjających okoliczności sprawiło, iż pomysł okazał się nadzwyczaj prosty do zrealizowania.

Zanim zabrałem się do próby jakiejś legalizacji klubu (takie drobiazgi, jak np. niepełnoletność założyciela nie zaprzątały mojej uwagi – wszak czułem się dorosły i odpowiedzialny: byłem licealistą i miałem stopień sternika jachtowego z rozszerzonymi, „morskimi” uprawnieniami), zacząłem szukać materialnych podstaw działalności, przede wszystkim możliwości zdobycia łodzi. I od razu trafiłem na dobrą radę (niestety nie pamiętam czyją): idź do nowopowstałej Komendy Chorągwi ZHP. Poszedłem i spotkałem Ryszarda Urbańskiego, który właśnie objął funkcję pilota Chorągwi, czyli osoby mającej stworzyć jej pion wodny. Nie musiał mnie długo przekonywać, że dla młodych ludzi najrozsądniejszą drogą stworzenia bazy materialnej są struktury ZHP i tak na początku 1976 roku przy liceum im. R. Traugutta zamiast klubu powołana została Pierwsza Harcerska Drużyna Wodna. Była częścią zarówno Szczepu ZHP, działającego w szkole, jak i pionu wodnego Komendy Chorągwi.

Wspomnienia p. Krzysztofa Janickiego

Dziecko w czasie

Lotnisko w Belgradzie. Gdzieś przed kontrolą paszportową odbieram ten dziwny telefon. Profesor Kolman po prawie trzydziestu latach, jak gdyby nigdy nic: czy mogę napisać coś o szkole do kroniki wspomnień. Zakłada, że można mi mówić na ty – to słusznie założenie – oraz że podołam temu ważnemu zadaniu zważywszy „na dobrą opinię jaką miałeś z polskiego” – to już bardziej ryzykowne założenie. To było tak dawno, ale nie mam wątpliwości, z czym mi się ten czas kojarzy:

Child in time. Mocny numer zespołu Deep Purple, sygnał szkolnego harcerskiego radia, w którym zresztą pracowałem czytając komunikaty szkolne. Mało kto już pamięta Deep Purple – pewnie więcej osób słucha np. T-Love lub Formacji Nieżywych Schabuff –  kapel, które w tym czasie, na przełomie lat 70-tych i 80-tych, zaczynały grać w Częstochowie, wywodząc się z zaprzyjaźnionych liceów. Większość wydarzeń z życia szkoły i szczepu harcerskiego zaczynała się od fragmentu Child in Time puszczanego przez głośniki w klasach – potem następowały komunikaty informujące społeczność szkolną o najważniejszych wydarzeniach dotyczących życia szkoły. Dziś mówi się na taki sygnał jingle, ale wtedy angielski nie był jeszcze tak powszechny a w szkole go nie było, to nie wiedzieliśmy.

Z tych wydarzeń szczególnie zapadły mi w pamięci obchody święta Trybuny Robotniczej. Duża kiedyś gazeta w milionowym nakładzie, organ partii, śląski odpowiednik Trybuny Ludu. Dziś zostało po niej mniej niż po nagraniach wspomnianych zespołów rockowych, ale wtedy obchody te decydowały o życiu szkoły. Wielka coroczna impreza Trybuny Robotniczej na stadionie wymagała ze strony szkoły wysłania chóru i zespołu tanecznego, które przez cały rok bardzo intensywnie przygotowywały się do tego doniosłego wydarzenia, często nawet kosztem lekcji. Szkoła została podzielona na chór i zespół taneczny według prostego kryterium: kto umiał zaśpiewać bez fałszu gamę, szedł do chóru, reszta do zespołu tanecznego. Postanowiłem nie zaśpiewać poprawnie gamy (nie było zresztą gwarancji że to się uda) mając nadzieję na zatańczenie w parze z sympatyczną koleżanką z innej klasy (i to się akurat udało). Czołowym hitem zespołu tanecznego był utwór pt. „Koza” – monumentalna kompozycja będąca odpowiedzią kierownictwa zespołu na zapotrzebowanie kolektywu dotyczące pokazania zalet folkloru częstochowskiego. Nie jestem pewien, czy taki folklor naprawdę istnieje – na pewno natomiast istnieją rymy częstochowskie. Dowodem jest refren pieśni częstochowskiej „Koza” towarzyszącej na stadionie moim pląsom w stroju kozła, który to refren przypominam sobie z niekłamanym wzruszeniem:

Moja koza beczy
Bo ją bolą plecy

Wspomnienia p. Tadeusza Jagodzińskiego

            Przedziwne jak upływ czasu zaciera nam w pamięci nie tylko daty czy zdarzenia, ale i terminologię sprzed lat. Bo kiedy dziś, jesienią 2008. roku, usiłuję przypomnieć sobie własną działalność harcerską z liceum ( a były to późne lata 70.), to nijak nie potrafię powiedzieć, czy odbywała się ona w ramach sportowego kółka zainteresowań, czy też klubu sportowego pod egidą szczepu. Grzebię w zakamarkach pamięci i… nic! Nawet najmniejszych tropów. Cóż, uroki wieku dojrzałego… Umówmy się jednak – na potrzeby tego krótkiego wspomnienia – że był to klub, nawet gdyby niezupełnie było to zgodne z prawdą. Ale faktem na pewno jest, że staraliśmy się w ‘Traugucie’ robić coś więcej, niż tylko uczestniczyć w lekcjach i obowiązkowych imprezach szkolnych.

            Harcerstwo było wtedy jednym z obszarów, w których można się było ‘wyżyć’ – bez nadmiernej kontroli ze strony ideologicznych włodarzy – a przy okazji zdobywać praktyczną wiedzę i umiejętności, na przykład w uprawianiu marszobiegów nocą po lesie, obieraniu ziemniaków tępą finką, albo wywoływaniu zdjęć wykonanych aparatem marki Zenit. Wiem, o czym mówię, gdyż te dwie ostatnie sprawności też udało mi się zaliczyć, aczkolwiek z dość niejasnych już dzisiaj przyczyn, na dłużej trafiło mi się na tej loterii prowadzenie klubu sportowego. Klubu? W gruncie rzeczy była to działalność tzw. prezesa i bodajże zastępcy, która – znów, o ile dobrze pamiętam – sprowadzała się do dwóch podstawowych zadań: aktualizacji klubowego kącika w gablocie wiszącej w ‘kiszce’, czyli korytarzu łączącym szkolne pawilony, oraz przygotowywania serwisów sportowych dla szkolnego radiowęzła. Chyba najważniejszym zadaniem gablotowym było umieszczanie tam każdej jesieni terminarza rozgrywek piłkarskich mistrzostw szkoły oraz informacji o wynikach. Chodziło, oczywiście o piłkę kopaną, do której nasze młode ciała i umysły jakoś naturalnie lgnęły pomimo starań profesora Muszyńskiego, usiłującego nas zarazić mniej chuligańskimi odmianami gier zespołowych: koszykówką, siatkówką czy szczypiorniakiem. Na zajęciach z w.f. przykładnie ćwiczyliśmy więc dwutakty i odbiór serwu, ale po lekcjach nie dało nam się już wybić futbolu z głowy. Grywaliśmy na asfaltowym szkolnym boisku do piłki ręcznej, najczęściej pięciu na pięciu, albo szóstkami, lub siódemkami.

Wspomnienia p. Małgorzaty Jackowskiej (Kulawiak)

            W 1974 roku rozpoczęłam naukę w II LO im. Romualda Traugutta. Wybrałam tę szkołę, bo ukończył ją mój ojciec. Rekrutacja prowadzona była wówczas na podstawie świadectw ukończenia szkoły podstawowej. Kandydat musiał osobiście złożyć teczkę i wziąć udział w rozmowie kwalifikacyjnej. Ze mną taką rozmowę przeprowadził ówczesny wicedyrektor Traugutta, pan profesor Gustaw Gracki. Na zawsze pozostał w mojej pamięci fragment tej rozmowy:

Pan profesor: „Kim jest mamusia?”

Ja: „Nauczycielką”

Pan Profesor: „A tatuś”

Ja: „Inżynierem”

Pan Profesor: „A gdzie pracuje?”

Ja: „Na hucie”

Pan profesor: „Dziecko, na hucie to rusycyzm. Porównaj z „na zawodie”. Po polsku mówimy „w hucie”.

Od tej pory nigdy nie popełniłam tego błędu i obsesyjnie wręcz tępię wszechobecne ”na świetlicy”. Mimo tej gafy zostałam jednak uczennicą Traugutta.

            Szkoła w tych zgrzebnych, szarych latach PRL stwarzała uczniom mnóstwo okazji do rozwijania zainteresowań i talentów. Moją pasją była literatura i teatr. Natychmiast znalazłam możliwość zajęcia się swoimi zamiłowaniami. Pani profesor Leokadia Kołodziejczyk, moja nieoceniona polonistka, była opiekunką Koła Teatralnego. Teatralnego, z prawdziwego zdarzenia – próby prowadził aktor częstochowskiego teatru – pan Adam Nowakiewicz, a przygotowaną przez Koło w roku 1975 sztukę Gabrieli Zapolskiej – „Moralność pani Dulskiej” wystawiliśmy na scenie kameralnej Teatru im. A. Mickiewicza. Niestety, wszyscy członkowie koła teatralnego byli starsi ode mnie, i kiedy ja zdałam do drugiej klasy, oni skończyli szkołę. Nie wpadłyśmy z panią profesor na pomysł wystawiania monodramów i moja świetnie zapowiadająca się kariera aktorska szybko się skończyła.

            Nie potrafiłam chodzić do szkoły tylko po to, aby się uczyć, dlatego też zaczęłam aktywnie działać w harcerstwie, do którego należałam od pierwszej klasy. Pracowałam w agendzie kulturalnej, a wkrótce zostałam jej kierownikiem. Ta funkcja dostarczyła mi niezapomnianych wrażeń.

            Dyrektorem teatru częstochowskiego został wówczas warszawski aktor – Tadeusz Bartosik. Aktor ten znany był z roli w serialu „Stawka większa niż życie” oraz programu dla dzieci „Gąska Małgosia”, w którym aktor jako Pan Bibliotekarz prowadził rozmowy z lalką-gąską o imieniu Małgosia. Postanowiliśmy, jako agenda kulturalna, zorganizować spotkanie młodzieży Traugutta z dyrektorem teatru. Jako szefowa agendy udałam się do teatru z zaproszeniem dla p. Bartosika. Do dzisiaj jestem pewna, że imię Małgosia ułatwiło mi zadanie.