Category Archives: Wspomnienia

Wspomnienia p. Ilony Adamczyk (matura 1984)

Te cztery lata spędzone w Traugucie dopiero niedawno uświadomiły mi, z jak wspaniałymi ludźmi dane było mi się zetknąć. Zawsze będę pamiętała prof. Zygułę, który sprawdzał czy tarcze są na szpilkach czy na stałe. Profesor Gałecką, która skutecznie udowadniała wszystkim, że są głąbami chemicznymi. Profesora Zygmunta, który pytał – Adamczyk jakie mamy napięcie w kontakcie – maksymalne czy skuteczne, prof. Krupop – Iskrę – No gdzie leżą te Seszele. Można by o tym pisać książkę. Jednak chętnie do tych lat wróciłabym, lat zupełnej beztroski, młodości.
Teraz z perspektywy 50 lat wiem, ile do Ci ludzie wnieśli w moje życie. Panie prof. Desperak – Rote Rossen werden blüt am Misouri zapamiętam do końca życia. Szkoda, że wspaniałe czasy w relacjach uczeń – nauczyciel minęły bezpowrotnie. Wspomnienia pozostaną.
Z wyrazami szacunku
Ilona Adamczyk

matura 1984 wychowawca Szan. Pan Kazimierz Zygmunt

Wspomnienia p. Wiesława Kolana (matura 1959)

Był chyba rok 1958, klasa 10 „b”. Wychowawca – wspaniały, lubiany prof. Antoni Drzazga, uczył fizyki, był dla nas autorytetem i opiekunem.
Zacząłem poważnie, teraz z innej „beczki”. Niektórzy profesorowie pozwalali na lekcjach na trochę swobody /na chemii nie !!!/. Tak się składało, że wtedy /no, dziś chyba też/ byłem niskiego wzrostu.
Kolega z klasy Antoni Długosz – wyższego wzrostu – obecnie biskup częstochowski /serdeczne pozdrowienia/, po wielu  latach, już jako biskup, odpowiadając na stwierdzenie mego znajomego, że „mamy wspólnych znajomych”- zapytał „a kogo?”. Gdy padło moje nazwisko i imię, powiedział – „a, to ten mały?”.
Jednak w szkole, wtedy przy ul. Jasnogórskiej, były zalety niskiego wzrostu.
Klasa mała, ciasna. Wygodnie siedziało się niskim i „małym” w ławce. Wygodnie grało w cymbergaja, w „bambuko” w sali gimnastycznej /w drugim budynku/, można było schować się przed oczami profesorów, szczególnie od chemii, chociaż efekty czasem były inne niż oczekiwane. Łatwo wysokim kolegom uciec pod rękami, z piłką w czasie gry w kosza. Prof. Zdzisław Szulc twierdził, jesteś niski ale sprytny, dasz sobie radę, przychodź na treningi do sali Technikum Kopalnictwa Rud, chyba też na Jasnogórskiej, tylko bliżej Jasnej Góry.
Tam, za dobre postępy w sztuce koszykówki otrzymywaliśmy cukier w kostkach /pycha!/.

Wspomnienia p. Jana Czekajewskiego (matura 1952)

Janka Czekajewskiego Matura w 1952

Czytając inne wspomnienia kolegów którzy ukorzyli naszą szkolę wiele lat później niż ja, odnoszę wrażenie że na ich życie wielki wpływ miało harcerstwo i opisy doświadczeń z pobycie w harcerstwie są dla mnie zbyt cukierkowe.  Tak, Liceum Traugutta jest i było dobrą szkolą i tą sama szkolę z powodzeniem ukończyły moje dwie siostrzenice, Olga i Kasia Tromczyńska.  Ja natomiast dostałem się do tej szkły w roku 1948 przez protekcję, jako że moje wyniki z edukacji wojennej były bardzo podłe. Tak się złożyło, że koleżanka mojej mamy ze szkoły Sióstr Urszulanek, była sekretarką dyrektora szkoły Jana Smolarkiewicza i „załatwiła” mi przyjęcie. Co prawda egzaminował mnie Prof. Kazimierz Kusiba, nauczyciel geografii, ale moje odpowiedzi były wadliwe i prof. Kusiba zawyrokował, że Jan Czekajewski nic nie umie, ale zobaczymy czy mu się uda sprostać zaawansowanym wymogom liceum Traugutta. O ile sobie przypominam  prof. Kusiba zadał mi tylko jedno pytanie, czy ja wiem jaki kraj znajduje się na Półwyspie Pirenejskim. Oczywiście nie wiedziałem, bo jedynie wiedziałem gdzie jest Gnaszyn i Kawodrza a najdalej Kłomnice i Radomsko.  Wokół Częstochowy nie było ani wysp ani półwyspów. Do Liceum zostałem jednak przyjęty i od razu natrafiłem na kłopoty.  Trafiłem do klasy IIa, która później została zmieniona na klasę dziewiątą. W klasie tej było kilku wybitnych „intelektualistów” jak na przykład  Heniek Kluba, późniejszy reżyser filmowy i dyrektor Szkoły Filmowej w Łodzi i Władek Terlecki, późniejszy wybitny pisarz historyczny. Jak sobie przypominam Władek Terlecki zadebiutował poematem wywieszonym na gazetce ściennej zatytułowanym Sonata Chopina.  Ja z moją mizerną wiedzą do nich nie pasowałem. 

Wspomnień p. Andrzeja Kłody ciąg dalszy

Sięgając pamięcią wstecz doszedłem do wniosku, że niewiele mogę dołożyć do przebogatej palety wspomnień, anegdot oraz biogramów profesorów i absolwentów II LO. Lata spędzone w murach szkoły, pamięć o światłych, dobrych i życzliwych profesorach oraz wychowawcach zakiełkowała u mnie chęcią podzielenia się z koleżeństwem życiowymi drogami człowieka, który całkiem przypadkowo znalazł się w szeregach uczniów, a potem absolwentów szacownego II LO. Zbyt krótko mieszkałem w Częstochowie, przed wstąpieniem w mury szkolne, by mieć odwagę do recenzji otaczających mnie zdarzeń. Tuż po maturze zamieszkałem w Katowicach, a po następnych sześciu latach przeniosłem się do Tychów, gdzie mieszkam po dziś dzień. Pragnę poniżej przybliżyć mój świat, moją małą Ojczyznę, z którą od ponad 60 lat się utożsamiam. Pamięć dziecięcych lat, która kołacze się po dziś dzień po głowie oraz wyniesiona z domu rodzinnego miłość do tego skrawka ziemi sprawia, że jak tylko mogę to z przyjemnością spaceruję po bruku cieszyńskich uliczek, zaś w pogodny dzień z okien mojego mieszkania mam widok na szczyty Beskidu Śląskiego.

Szkoła na wesoło – wspomnienia p. Wiesława Kolana (matura 1959)

Pan prof. Teodor Kusznir był bardzo miłym profesorem i radosnym człowiekiem. Często dotykały Go „wypowiedzi” naszego kolegi brzuchomówcy /podobnie jak to opisał we wspomnieniach, kolega z klasy, ks. bp Antoni Długosz, wymieniając p.prof.Litwińską/. Trudno było /dla niewtajemniczonego/ zorientować się skąd głos jest „nadawany”. Najczęściej można było przypuszczać, że głos pochodzi z za drzwi wejściowych lub z balkonu, bo klasa była mała, ale dwoje drzwi miała. No i wiadomo co można było słyszeć – imię profesora, akcentowane i rozciągane „Teoś, Teeooś, Teeeoooś „itp.. I teraz, co się działo? Pan prof. /jak zaznaczyłem wcześniej – człowiek radosny/ udawał, że nie słyszy, ale niezauważalnie przesuwał się, boczkiem, w kierunku drzwi wejściowych.
Gdy już wiedział, że może szybko otworzyć drzwi i złapać „nadawcę” – momentalnie drzwi otwierał i wyskakiwał na korytarz. My tłumiliśmy śmiech, bo przecież wiedzieliśmy, że nikogo tam nie ma. Ale przy posturze profesora /trochę puszysty i niski/ takie szybkie ruchy wywołać musiały radość. Niestety – profesor po tym niepowodzeniu, wracał zawiedziony do klasy, ale jak się okazało, wcale nie zniechęcony co do konieczności wykrycia nadawcy swego imienia. Sposobność nadarzała się dość często. Inna taktyka pana profesora polegała na tym, że przypuszczał, iż głos dochodzi z balkonu, lub przez balkon z sąsiadującej z balkonem klasy.

Wspomnienia p. Andrzeja Kłody (matura 1969)

  100_0637 W czasach, w których przyszło mi przebywać w szkolnych murach, panowała powszechna moda na grę sportową tzw. cymbergaja.  Cymbergaj to gra z ponad stuletnią tradycją w Polsce. Była to podwórkowo-szkolna gra, popularna szczególnie wśród dzieci i młodzieży w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Obecna w kilku odmianach.  Ślady tej popularności odnaleźć można między innymi w literaturze młodzieżowej Adama Bahdaja czy Edmunda Niziurskiego.

W szkole graliśmy w odmianę gry tzw. cymbergaj grzebieniowy. Do gry używało się trzech monet. Dwie z nich z reguły większe (np. 2 zł) były stosowanie, jako zawodnicy, a trzecia o wyraźnie mniejszej masie (np. 10, 20gr), jako piłka. Gra toczyła się na boisku (biurko, ławka szkolna) z zaznaczonym środkiem, polem karnym i bramkami. Jej celem jest strzelenie jak największej ilości goli przeciwnikowi, używając grzebieni (stąd nazwa) lub przyrządów przemyślnie wykonanych z linijek czy ekierek służących do uderzania zawodników tzw. suwek. Służyły one do przesuwania monet i kierowania nimi „piłki” w kierunku bramki przeciwnika.

Gra była rozpowszechniona w szkole i budziła tyle emocji, że trudno dziś wskazać podobne zjawisko. Przemyślne zagrywki dziesiątki razy ćwiczone, często gęsto na lekcji pod ławkami. Sprzęt w formie właściwych monet dobranych według wielkości i ich masy. Wymyślne kształty linijek służących do uderzeń o monety. To główne atrybuty gracza.

Wspomnienia p. Jerzego Zawadowicza

-Moje wspomnienie z „Traugutta”

Częstochowa, 3 listopad 2008

Kiedy myślę o młodości i w ogóle o najlepszych latach mojego życia, które wiązały ze sobą możliwe jeszcze do spełnienia marzenia i pozytywne doznania wynikające z poznawania świata, nieodparcie nasuwa się myśl, że były to lata spędzone w II liceum ogólnokształcącym im. R. Traugutta w Częstochowie.

Począwszy od wyboru tej szkoły po podstawówce, kiedy słyszałem historie mojego ojca- absolwenta Traugutta jak i moich bliższych i dalszych krewnych, a także opowieści o nauczycielach- postaciach barwnych i nietuzinkowych- wybór nasuwa się niejako naturalnie. Później pierwsze tak duże przeżycie- zdanie egzaminu wstępnego i  wreszcie pierwsza lekcja w nowej klasie. Profesor Zyguła- nasz wychowawca ze swadą i humorem przedstawiał wymagania, którym jako uczniowie tak zasłużonego liceum będziemy musieli sprostać. Zainteresowani, co niesie ten nowy świat, zaczynaliśmy naukę w nowym gronie kolegów. Aby bardziej scementować towarzystwo, profesor Zyguła wprowadzał nowe zwyczaje. Jeżeli ktoś zachorował, koleżanki i koledzy mieli go odwiedzać. W ten sposób szybko zacieśniały się koleżeńskie przyjaźnie. Szybko przekonaliśmy się, że Traugutt to był niesłychanie barwny świat ciekawych osobowości. Dotyczyło to zarówno uczniów,  ale także,  a może przede wszystkim grona pedagogicznego. Matematyki uczył profesor Zyguła. Wymagający, ale dający z siebie bardzo dużo. Rzadko kiedy udaję się spotkać nauczyciela matematyki, który w ciekawy i przemyślany sposób potrafił nauczyć matematyki wyłącznie na lekcji. Dbał o to, żeby wszyscy zrozumieli przedmiot i nauczyli się go. Dlatego miał też niepodważalny autorytet i szacunek nawet wśród tych, którym nie szło najlepiej. Byliśmy niewątpliwie ”klasą Zyguły”.
Jednak ”nie samą nauką”… Wśród nauczycieli , którzy wmuszanie nam wiedzy traktowali jako swój święty obowiązek byli i tacy, którzy podjęli się organizowania czasu wolnego młodzieży.
Trzeba, pamiętając tamte lata, przyznać że nie byliśmy w liceum poddawani indoktrynacji przez „jedynie słuszną” ideologię.

Wspomnienia p. Marka Walarowskiego

Całe moje życie związane jest z muzyką. Zagrałem setki koncertów mniejszej i większej rangi- również przed wielotysięczną widownią z transmisjami radiowo-telewizyjnymi. Wszystkie poprzedzone były próbami, podczas których się …nudziłem. Dlaczego?- Pora cofnąć się do początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Już w pierwszej klasie Liceum dostałem się do szkolnego zespołu muzycznego. Jego skład krystalizował się stopniowo. Odbywaliśmy regularne próby dwa razy w tygodniu,  centrum naszego zainteresowania była pop music w jej najbardziej ambitnej formie. Opiekunem zespołu był prof. Krzysztof Pośpiech, który ,jak pokazał czas, sporo nas nauczył, a któremu ja zawdzięczam szczególnie wiele. To On wspierał mnie w drodze na bardzo elitarne studia, których konsekwencją były moje późniejsze sukcesy i zaszczyty.
Czas zatarł już nieco wspomnienia i nie pamiętam momentu, w którym nasz  Zespół znalazł się w strukturach Harcerstwa. Pamiętam tylko, że był to okres, kiedy wszystko, co najlepsze w naszej szkole, nosiło mundurek i, jak pokazała przyszłość, ich posiadacze nie musieli się wstydzić swoich życiorysów. Do dziś postrzegam Harcerstwo przez pryzmat osoby prof. Włodzimierza Kolmana i tego, co przełożyło się na moje muzyczne zainteresowania. Zagraliśmy mnóstwo koncertów, braliśmy udział w realizacji programu telewizyjnego, a także dokonaliśmy nagrań w Studio Polskiego Radia w Opolu, z którym z tytułu moich licznych występów na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej, byłem związany przez długie lata. Realizatorzy moich autorskich nagrań pamiętali po latach  i wspominali z sympatią grupę entuzjastów z Częstochowy. Nie wspomnę już ile przygotowań i prób wpłynęło na ten nasz  sukces. Jedno jest niezaprzeczalne- tamte próby, w konfrontacji z tymi późniejszymi, „profesjonalnymi”-   były fantastycznie ciekawe. Dziś również wiem, jako wykładowca w Instytucie Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach, że wcale nie tak łatwo jest wskrzesić pasję u młodych ludzi, więc moja wdzięczność i podziw dla naszych opiekunów jest tym większa, zwłaszcza, że nie tylko ja jeden z naszego Zespołu pozostałem wierny muzyce. Ale o tym niech opowiedzą oni sami…
Harcerstwo, to nie była dla mnie tylko muzyka. To również były obozy i fajna zabawa. Ale ta część wspomnień ma charakter bardziej osobisty. Dziś wiem, że był to najpiękniejszy czas w moim życiu. Nigdy nikogo i niczego nie zapomnę i za wszystko bardzo, bardzo dziękuję.

Wspomnienia (2008r.) p. Krzysztofa Pośpiecha

W II LO im. R. Traugutta pracowałem 20 lat (1967–1987). Zaczynałem jako prawie początkujący nauczyciel wychowania muzycznego, będąc niewiele starszym od uczniów… Z perspektywy czasu sądzę, że mam pełne prawo powiedzieć, że w miarę szybko „dogadałem się” z uczniami i naprawdę polubiłem tę pracę. Myślę także, że pracując z tymi młodymi ludźmi, uczyłem się przy nich sam, szczególnie dydaktyki i rzemiosła muzycznego.

Mając do czynienia z młodymi, inteligentnymi ludźmi, często o dużych predyspozycjach muzycznych (był podział klas na grupę plastyczną i muzyczną) należało tylko stworzyć mechanizmy i zachęty, by przedmiot wychowania muzycznego nie stał się przysłowiowym „michałkiem” w hierarchii nauczanych przedmiotów. Sądzę dziś, że postawiłem młodzieży dość wysokie wymagania dydaktyczne, a z drugiej strony organizowałem im wiele atrakcyjnych występów, np. wycieczek integrujących ich w pracy artystycznej. Myślę, że większość tych założeń pedagogicznych udało się zrealizować, głównie dzięki osiągniętym w miarę szybko efektom ich pracy.

Funkcjonowały wtedy w różnym czasie takie zespoły, jak: wielogłosowy chór mieszany, żeński, mały zespół wokalny, zespół instrumentalny i soliści– wokaliści, a nawet zespół pieśni i tańca.

Mogły one funkcjonować w oparciu o przedmiot wychowania muzycznego i wykorzystanie faktu, że uczyło się w naszej szkole również kilku uczniów szkoły muzycznej.

Po latach, obok ogólnej atmosfery panującej w szkole, najbardziej pamiętam kilka epizodów, które miały wpływ na moją pracę oraz wiele zabawnych sytuacji ze szkolnego życia.

Wspomnienia p. Wiesława Paluszyńskiego (matura 1973)

W 1973 roku wczesną wiosną w na zamku w Olsztynie k. Częstochowy spotkała się gromadka młodych. Spotkanie było ważne. Jaskinia zamkowa spowita w cienie rozświetlane blaskiem kilku słabo migoczących pochodni. I słowa, które padły: „Przyjmuje obowiązki instruktora Związku Harcerstwa Polskiego……”. Każdy z nowych instruktorów złożył podpis pod tekstem zobowiązania instruktorskiego. Ten tekst przetrwał ze mną wszystkie te lata i załączam go do tego mojego krótkiego wspomnienia. Podpisali się na nim wszyscy nowi „organizatorzy” (tak się wtedy nazywał pierwszy stopień instruktorski).  Dla mnie było to zakończenie dwóch lat budowania od podstaw drużyn harcerskich w naszym Liceum, dla młodszych było to rozpoczęcie przygody z harcerstwem w innej roli, roli instruktorów ZHP. Za kilka miesięcy miałem zdawać egzamin maturalny i chciałem, aby Szczep Harcerski im. Bohaterów Powstania Styczniowego jaki odbudowałem w ciągu dwóch lat z praktycznego niebytu, stał się ważnym miejscem aktywności dla moich młodszych koleżanek i kolegów. Ilość nowych instruktorów była znaczna. Perspektywy otwierały się świetlane, ale dla mnie było to pożegnanie z Częstochową, wybrałem studia na Politechnice Warszawskiej i musiałem wyjechać.

Wśród samych młodych stojących w jaskini był jeden starszy, a był nim prof. Włodzimierz Kolman, którego namówiłem na przejęcie funkcji Komendanta Szczepu. Ładnie to dzisiaj brzmi „namówiłem”. Jak do czegokolwiek mógł namówić uczeń przed maturą swojego nauczyciela,    a jednak…. Jedno mieliśmy wspólne;  profesor i ja mieliśmy taki sam stopień instruktorski, więc porozumieliśmy się. Szczep prowadziłem do samej matury, a w czerwcu 1973 roku Komendantem Szczepu został w miejsce ucznia i absolwenta, nauczyciel. W tamtym okresie było to ważne. Znacznie zwiększyło  możliwości działania w porozumieniu ze szkołą. Druh Włodzimierz Kolman był człowiekiem niespożytej energii i wspaniałym partnerem dla wszystkich instruktorów w szkole i poza szkołą. Wcale mu to nie przeszkadzało w wyciskaniu z instruktorów na lekcjach siódmych potów w nauce jeżyka rosyjskiego. Jeśli ktokolwiek nauczył mnie rozumieć ducha i melodykę tego języka, co w dorosłym życiu wielokrotnie się przydało, to był to właśnie prof. Włodzimierz Kolman. Udało mu się nauczyć piękna literatury rosyjskiej w oderwaniu od indoktrynacji politycznej, po latach trzeba o tym pamiętać !!!!