Wspomnienia p. Wiesława Kolana (matura 1959)

Był chyba rok 1958, klasa 10 „b”. Wychowawca – wspaniały, lubiany prof. Antoni Drzazga, uczył fizyki, był dla nas autorytetem i opiekunem.
Zacząłem poważnie, teraz z innej „beczki”. Niektórzy profesorowie pozwalali na lekcjach na trochę swobody /na chemii nie !!!/. Tak się składało, że wtedy /no, dziś chyba też/ byłem niskiego wzrostu.
Kolega z klasy Antoni Długosz – wyższego wzrostu – obecnie biskup częstochowski /serdeczne pozdrowienia/, po wielu  latach, już jako biskup, odpowiadając na stwierdzenie mego znajomego, że „mamy wspólnych znajomych”- zapytał „a kogo?”. Gdy padło moje nazwisko i imię, powiedział – „a, to ten mały?”.
Jednak w szkole, wtedy przy ul. Jasnogórskiej, były zalety niskiego wzrostu.
Klasa mała, ciasna. Wygodnie siedziało się niskim i „małym” w ławce. Wygodnie grało w cymbergaja, w „bambuko” w sali gimnastycznej /w drugim budynku/, można było schować się przed oczami profesorów, szczególnie od chemii, chociaż efekty czasem były inne niż oczekiwane. Łatwo wysokim kolegom uciec pod rękami, z piłką w czasie gry w kosza. Prof. Zdzisław Szulc twierdził, jesteś niski ale sprytny, dasz sobie radę, przychodź na treningi do sali Technikum Kopalnictwa Rud, chyba też na Jasnogórskiej, tylko bliżej Jasnej Góry.
Tam, za dobre postępy w sztuce koszykówki otrzymywaliśmy cukier w kostkach /pycha!/.
Minusy tego niskiego wzrostu to fakt, że w czasie przerw, na boisko koszykówki, na I podwórku, wysocy koledzy nie bardzo chcieli mieć u siebie niskiego zawodnika. Więc „załapać się” do składu było ciężko. No, chyba, że akurat prof. Szulc przechodził, to wtedy „treningowicza” wkręcił do składu. A to był zaszczyt, bo „Traugutt” w Polsce był na wysokiej pozycji.
W mojej klasie było kilku wysokich kolegów. Jednym z nich był Krzysiu.
Dobry kolega /pozdrowienia serdeczne/, rozumieliśmy się dobrze, mówił na mnie „Kolaś”, od mego nazwiska. Z tymże Krzysiem mieliśmy dar i chęci do żartowania. Gorzej trochę, że na lekcjach też. Nasze żarty, miny, gestykulacje wywoływały u kolegów śmiech, no i oczywiście odwracały uwagę od tego, co prezentował profesor. Gdy już radości było za dużo, profesor stawiał nas „po kątach”. Krzysiu w jednym, ja w drugim. Czasem tylko, profesor kazał nam stać w ławkach, a nie siedzieć.
Jednak nasze „talenty” rozśmieszania kolegów nie ucierpiały w tych warunko – pozycjach, dopiero stojąc mogliśmy pokazać, co umiemy.
Nie pamiętam, czy „udało się” wyemigrować na balkon w „podzięce” profesora za przeszkadzanie. Ale ,”co za dużo”… doszło do tego, że jeden z nas lądował za drzwiami i… rozległ się dzwonek na przerwę.
Wtedy chyba się uspokoiliśmy. Wiesław.