Wspomnienia p. Jana Czekajewskiego (matura 1952)

Janka Czekajewskiego Matura w 1952

Czytając inne wspomnienia kolegów którzy ukorzyli naszą szkolę wiele lat później niż ja, odnoszę wrażenie że na ich życie wielki wpływ miało harcerstwo i opisy doświadczeń z pobycie w harcerstwie są dla mnie zbyt cukierkowe.  Tak, Liceum Traugutta jest i było dobrą szkolą i tą sama szkolę z powodzeniem ukończyły moje dwie siostrzenice, Olga i Kasia Tromczyńska.  Ja natomiast dostałem się do tej szkły w roku 1948 przez protekcję, jako że moje wyniki z edukacji wojennej były bardzo podłe. Tak się złożyło, że koleżanka mojej mamy ze szkoły Sióstr Urszulanek, była sekretarką dyrektora szkoły Jana Smolarkiewicza i „załatwiła” mi przyjęcie. Co prawda egzaminował mnie Prof. Kazimierz Kusiba, nauczyciel geografii, ale moje odpowiedzi były wadliwe i prof. Kusiba zawyrokował, że Jan Czekajewski nic nie umie, ale zobaczymy czy mu się uda sprostać zaawansowanym wymogom liceum Traugutta. O ile sobie przypominam  prof. Kusiba zadał mi tylko jedno pytanie, czy ja wiem jaki kraj znajduje się na Półwyspie Pirenejskim. Oczywiście nie wiedziałem, bo jedynie wiedziałem gdzie jest Gnaszyn i Kawodrza a najdalej Kłomnice i Radomsko.  Wokół Częstochowy nie było ani wysp ani półwyspów. Do Liceum zostałem jednak przyjęty i od razu natrafiłem na kłopoty.  Trafiłem do klasy IIa, która później została zmieniona na klasę dziewiątą. W klasie tej było kilku wybitnych „intelektualistów” jak na przykład  Heniek Kluba, późniejszy reżyser filmowy i dyrektor Szkoły Filmowej w Łodzi i Władek Terlecki, późniejszy wybitny pisarz historyczny. Jak sobie przypominam Władek Terlecki zadebiutował poematem wywieszonym na gazetce ściennej zatytułowanym Sonata Chopina.  Ja z moją mizerną wiedzą do nich nie pasowałem. 

Rok 1947 był to rok umacniania władzy komunistycznej i jak sobie przypominam pewnego dnia młoda dziewczyna , nauczycielka matematyki, chyba była to prof. Barbara Peryga,  przyszła do klasy ubrana w zieloną koszulę i czerwony krawat, demonstrując, że należy do PPR (Polskiej Partii Robotniczej) albo ZWM ( Związku Walki Młodych) . Niezależnie od przekonań prof. Perygi na półrocze i na cenzurze dostałem z matematyki  dwóję (niedostateczny) oraz dwie dodatkowe dwóje z łaciny i chemii. Na dwóję zasłużyłem, bo matematyki wtedy nie umiałem, niezależnie od mych prawicowych przekonań politycznych.  O ile sobie przypominam na końcowej cenzurce za rok 1948 dostałem 5 ocen niedostatecznych i jedną bardzo dobrą z zachowania. Kwalifikowałem się, zatem do powtórzenia klasy.  W międzyczasie w ciągu całego roku, profesorowie mnie nie nękali pytaniami, więc poświeciłem się literaturze pięknej. W tym feralnym roku przeczytałam chyba kilkaset książek, jakie pożyczałem z biblioteki zakładowej w Starostwie Powiatowym przy ul. Sobieskiego, gdzie pracowała moja mama, jako księgowa, jak i z biblioteki Traugutta, która prowadził prof. Konstanty Karwan. Kiedyś przypadkowo spotkałem prof. Karwana przed wystawą dużej księgarni, na rogu Drugiej Alei i ul. Wolności. Profesor się zdziwił, że ja interesuje się książkami, a za jego pamięci dostałem 5 niedostatecznych na cenzurce w klasie IIa. Ja też się dziwiłem.

W międzyczasie Liceum Traugutta przeszło transformację na sposób Sowiecki. Szkoła Traugutta, która od jej założenia składała się z 4 lat Gimnazjum i 2 lat Liceum, została przekształcona na szkołę 11 letnią, tak jak w ZSRR. Ja znalazłem się zatem w klasie 9.  Do matury pozostawały mi 3 lata. Repetowanie tej samej klasy i pięć dwój spowodowało u mnie pewne otrzeźwienie, szczególnie że moja kuzynka, Lucyna Muskalska,  przeszła w innej szkole  do następnej klasy bez problemu. Zrozumiałem także, że jeśli nie zdam matury z dobrymi stopniami, to nie dostanę się na Politechnikę i wcielenie do Ludowego Wojska na mnie czekało, a Wojska Ludowego pozostającego  w przyjaźni z Armią Czerwoną ZSRR  nienawidziłem.  Wobec tego w 9 klasie nauczyłem się jak się uczyć.  Metoda polegała na wykorzystaniu wyobraźni, której mi nie brakowało. Po przeczytaniu stron zamykałem oczy i wyobrażałem sobie te fakty czy zjawiska, jakie przeczytałem i powinienem zapamiętać.

Nagle moje stopnie z matematyki i fizyki się poprawiły, i przeszedłem do klasy 10 tej gdzie mój talent wyobraźni rozkwitł. Języka polskiego uczyła nas wtedy Irena Cyganowska.  Ona właśnie wzywała mnie do recenzji  z obowiązkowej lektury, zwykle tak zwanej soc-realistycznej. Wtedy to opierając się na wątku zaczerpniętym z dwóch przypadkowych stron snułem  długie opowieści, których wątek wymyślałem na poczekaniu. Być może że prof. Cyganowska zdawała sobie sprawę, że fantazjuję i była pod wrażeniem mej elokwencji, albo sama nie czytała tych samych książek które nazywaliśmy „cegłami”. Matematyki wtedy wykładał nam prof. Piotr Marszalek. O ile pamiętam zadanie jakie postawił całej klasie było obliczenie pojemności  1/3 stożka o podstawie trójkątnej. O ile sobie przypominam zadanie to wykonałem  błędnie, ale dostałem czwórkę ( stopień dobry), jako że prof. Marszalek pozytywnie ocenił mój proces logicznego myślenia, mimo, że zrobiłem  błąd w „założeniu”.  Z mojej strony, moja ocena inteligencji prof. Marszałka wyraźnie wzrosła, że z takim rozumowaniem spotkałem się w życiu pierwszy raz. Miałem jednak pewien problem z fizyką, której wykładał nam młody profesor Jan Biernatek. Profesor Biernatek miał dziwną metodę nauczania opierającą się na terroryzowaniu uczniów. Wpadał do klasy i na wstępnie zapowiadał, że w ciągu następnych kilkunastu minut wystawi uczniom jedenaście dwójek .  Na poddaszu budynku przy ul. Jasnogórskiej, gdzie dzisiaj mieści się szkoła muzyczna, prof. Biernatek miał prywatne laboratorium, gdzie jakoby miał „prywatny” radar. Opowiadał wyraźne bzdury, że za pomocą tego radaru mierzy odbicie fal radarowych od powierzchni księżyca.  W czasie jednego wykładu na temat optyki soczewek, powiedział że pierwszą kamerę fotograficzna wymyślił mnich o nazwisku Obscur.  Ja wtedy naraziłem prof. Biernatkowi, komentując, że  nazwa „Kamera Obscura”, nie pochodzi od nazwiska mnicha tylko, że jest to łacińska nazwa  „Ciemnej Skrzynki”.  Miałem kilka innych utarczek z prof. Bernatkim, który zabrał mi kilka zdjęć mojej matki i ciotki w kostiumach kąpielowych, które pokazywałem kolegom w klasie, jako moje „dziewczyny”. Prof Biernatek wezwał mego ojca, któremu powiedział, że „Pański syn nie umrze śmiercią naturalną, ale go powieszą za pornografię”.   Tak czy inaczej prof. Biernatek dał mi  z fizyki czwórkę a nie dwóję. Być może, obawiał się, że będę rozpowiadał, że wzywa moich kolegów  na wieczorowe korepetycje w jego prywatnym laboratorium ( tym z radarem), na poddaszu budynku przy ul. Jasnogórskiej.

Pisząc o profesorach nauk ścisłych winnym wymienić tu prof. Stefana Tuza, który nauczał nas chemii. Niestety chemii niewiele się nauczyłem z powodu rebelii moich kolegów w czasie jego wykładów. Podobno prof. Tuz był więziony w niemieckim obozie koncentracyjnym, co wpłynęło na jego zachowanie i brak panowania nad słuchaczami, którzy się z niego naśmiewali. Teraz z perspektywy wielu lat widzę jak okrutni mogą być młodzi ludzie w stosunku do człowieka, którego psychika była zdruzgotana przez obóz koncentracyjny.

Tak czy inaczej już z dobrymi stopniami przeszedłem do klasy 11 . Niemniej prawie że w ostatniej chwili, przed samą maturą, omal nie zostałem wyrzucony z Liceum Traugutta, przez nowego dyrektora Liceum,  Stanisława Popińskiego.  Jak zwykle spóźniałem się do szkoły z powodów oczywistych, jako że mój umysł nie budzi się do pracy przed godzina dziesiątą. Dyr. Popiński postanowił spóźnialskich, takich jak ja, wyłapać, przez odbieranie im legitymacji szkolnych przez woźnego ustawionego rano o godzinie 8.05  przy drzwiach wejściowych. Później skruszeni spóźnialscy musieli się stawić u dyrektora przepraszając za swoje zachowanie. Wszyscy się stawili, ale ja nie. Na dodatek, któryś z zawistnych szpiclów doniósł dyrektorowi, że powiedziałem, że czekam aż dyrektora Popiński, sam przyniesie mi legitymację. Jak się o tym dyrektor dowiedział zrobił zebranie całej szkoły i powiedział, że takich „wrogów ludu”,  jak Czekajewski, to szkoła nie potrzebuje. Spodziewałem się najgorszego, ale rozeszło się po kościach. Ktoś widocznie wytłumaczył dyrektorowi, że Czekajewski już za dwa miesiące pożegna się z Liceum Traugutta, więc nie warto robić z mej głupoty dużej afery. Do matury mnie dopuszczono, którą zdałem z dobrymi wynikami. W konsekwencji dostałem się na Politechnikę Wrocławską, która stała się następnym decydującym stopniem do mej życiowej kariery zarówno w Polsce, jak i za granicą.

 

Jan Czekajewski

http://en.wikipedia.org/wiki/Jan_Czekajewski

www.czekajewski.com

janczek@aol.com