Wspomnień p. Andrzeja Kłody ciąg dalszy

Sięgając pamięcią wstecz doszedłem do wniosku, że niewiele mogę dołożyć do przebogatej palety wspomnień, anegdot oraz biogramów profesorów i absolwentów II LO. Lata spędzone w murach szkoły, pamięć o światłych, dobrych i życzliwych profesorach oraz wychowawcach zakiełkowała u mnie chęcią podzielenia się z koleżeństwem życiowymi drogami człowieka, który całkiem przypadkowo znalazł się w szeregach uczniów, a potem absolwentów szacownego II LO. Zbyt krótko mieszkałem w Częstochowie, przed wstąpieniem w mury szkolne, by mieć odwagę do recenzji otaczających mnie zdarzeń. Tuż po maturze zamieszkałem w Katowicach, a po następnych sześciu latach przeniosłem się do Tychów, gdzie mieszkam po dziś dzień. Pragnę poniżej przybliżyć mój świat, moją małą Ojczyznę, z którą od ponad 60 lat się utożsamiam. Pamięć dziecięcych lat, która kołacze się po dziś dzień po głowie oraz wyniesiona z domu rodzinnego miłość do tego skrawka ziemi sprawia, że jak tylko mogę to z przyjemnością spaceruję po bruku cieszyńskich uliczek, zaś w pogodny dzień z okien mojego mieszkania mam widok na szczyty Beskidu Śląskiego.

Urodziłem się w Cieszynie w roku 1951. Ojciec mój pochodził z miejscowości Ropica na Śląsku Cieszyńskim. Wieś dość duża, położona pomiędzy Cieszynem i Trzyńcem. Onegdaj miała nawet trzy stacje kolejowe, czy istnieją one do dziś, tego nie wiem. Coraz mniej mieszkańców podróżuje koleją. Dziś już i dom wygląda inaczej niż go zapamiętałem z dzieciństwa. Mieszka tam przecież młode pokolenie i jak to zwykle się dzieje, po nowemu go przebudowało. Okna, jak pamiętam, wychodziły na szczyty gór Beskidu Morawsko-Śląskiego, które piętrzą się w niedalekiej odległości. Kilka kilometrów dalej, przez dolinki potoków Rzeki i Morawki od wieków biegła etniczna granica oddzielająca tereny zamieszkane przez Polaków od ziem zasiedlonych przez Czechów. Dziś dom ten i związane z nim emocje znajdują się na terenie Republiki Czeskiej.

Leżąc przez wieki na ruchliwym szlaku migracyjnym, Cieszyn był miejscem gdzie spotykały się kultury, narodowości i wyznania. Podzielony w 1920 roku pomiędzy Polskę i Republikę Czeską region jest obecnie nieco zapomniany, nawet przez własnych mieszkańców.

Spróbuję nieco przybliżyć ten uroczy kawałek ziemi tym, do których trafi ten tekst. To przecież stąd wypływa rzeka Wisła, która jest symbolem polskiej ziemi.

Każde pogranicze to z reguły obszar o zmiennych losach, zagrożony w historii, przechodzący z rąk do rąk.  Dzieje Śląska są pod tym względem przykładem modelowym. Wielu niestety ogranicza tę nazwę tylko do obszaru przemysłowego między Gliwicami a Dąbrową Górniczą ze „stolicą” w Katowicach. Jest to błąd, nie tylko, że Będzin, Sosnowiec czy Dąbrowa Górnicza w ogóle na Śląsku nie leżą, ale przede wszystkim, dlatego że to tylko malutki wycinek tej wielkiej krainy, w dodatku do Śląska przyłączony najpóźniej.

Abyśmy mieli jasność: historyczną stolicą Śląska jest Wrocław, a teren Śląska najprościej określić obszarem podległym w średniowieczu biskupstwu wrocławskiemu z niewielkimi korektami. Śląsk, jako autonomiczny region wyłonił się w okresie rozbicia dzielnicowego Polski. Tę część kraju, od góry Ślęży Śląskiem zwaną, otrzymał po śmierci Bolesława Krzywoustego jego syn Władysław Wygnaniec. Ten z kolei obdzielił nią swoich synów. W tym czasie na Górnym Śląsku (ta nazwa przyjęła się znacznie później) istniały cztery ważne grody: Opole, Koźle, Racibórz i Cieszyn.

Czym jednak różniło się księstwo ze stolicą w Cieszynie od innych, często większych i bardziej znaczących księstw, których po rozbiciu dzielnicowym powstały na Śląsku i w całej Polsce dziesiątki? Przede wszystkim tym, że Księstwo Cieszyńskie funkcjonowało autonomicznie, a żadnemu z zaborczych granicznych księstw piastowskich nie udało się go podporządkować. W XIV wieku książęta cieszyńscy przyjęli zwierzchnictwo królów czeskich i tak jak cały Śląsk, utracili resztki powiązań z Koroną Polską. Region utrzymał jednak pełną autonomię, nawet po upadku zwierzchniego Królestwa Czeskiego na rzecz habsburskiej Austrii. Przyczyniła się do tego ciągłość dynastyczna Piastów, którzy panowali w Cieszynie aż do 1653 r. (byli tym samym jednymi z ostatnich Piastów).

Po śmierci księżnej Elżbiety Lukrecji władzę w Cieszynie przejęli Habsburgowie austriaccy. Księstwo nie straciło jednak swojej autonomii. Było traktowane, jako odrębny kraj w składzie monarchii austriackiej na równi z Czechami, czy później z Galicją. Pozostała część Śląska w wyniku wielu XVII-wiecznych wojen weszła w posiadanie Prus, co spowodowało, że Księstwo Cieszyńskie aż do XX wieku straciło z nim powiązanie nie tylko administracyjne, ale i kulturowe. Fenomen Księstwa Cieszyńskiego polegał na tym, że pozostawało one w dużej części niezależne i w odróżnieniu od innych dawnych księstw, trwało w swej odrębności nawet w okresie tworzenia się wielkich państw kosztem takich jak ono państewek. Choć było to już niespotykane, region utrzymał nazwę „Księstwo” aż do upadku Austro-Węgier w1918 roku! Nawet pierwszy na ziemiach polskich rząd, utworzony w październiku 1918 roku właśnie w Cieszynie, nosił nazwę Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego. Mówienie o „Księstwie Cieszyńskim” nie jest sięganiem do jakiejś zamierzchłej przeszłości czy bełkotem monarchisty.

Warto dowiedzieć się czegoś więcej o tej ziemi, choć dziś już nie tak odmiennej i fascynującej jak dawniej, to jednak tu i ówdzie zaskakującej i dziwnej. Śląsk to nie tylko upadające kopalnie i huty – to także bogaty historycznie i kulturowo region, o czym Śląsk Cieszyński, w pewnym sensie najbardziej dziś śląski z całego Śląska, świadczy najlepiej.

Wszystkich, którzy w pędzie podróży na południe Europy zatrzymają się tu, choć na kilka godzin, mogą cieszyć oczy wieloma cieszyńskimi zabytkami, pospacerować śladami cieszyńskich Żydów, szlakiem książąt cieszyńskich, szlakiem pamiątek ewangelików cieszyńskich lub kościołów i klasztorów – i to po obu stronach rzeki Olzy. Malownicze uliczki ubrane w piękne fasady kamieniczek dają ukojenie emocjom, przytulne cukierenki zaś wytchnienie zmęczonym i nastrój zakochanym.

Wróćmy jednak na chwilę do naszego LO. Od mojej matury upłynęło już 46 lat, a biorąc pod uwagę czas spędzony w szkole, to pół wieku, od kiedy przekroczyłem po raz pierwszy szkolny próg. Lata te minęły jak z przysłowiowego „bicza strzelił”. Z przyjemnością powracam myślą do czasów, kiedy biegło się do szkoły, wtedy obowiązkowo w granatowym garniturku i przyszytą do rękawa tarczą. Przy wejściu sprawdzano tarczę i regulaminowy ubiór. Dziś zapewne nazwano by to psychicznym nękaniem albo jeszcze nawet gorzej. Myśmy wówczas nie wstydzili się ani tarczy ani jednobarwnych strojów. Taka była norma i nikt się nie buntował. Myślę, że każdy z nas młodych ludzi, mając naszyty na ramieniu wizerunek szkoły, w głębi duszy czuł w sobie odpowiedzialność za poszanowanie dobrego Jej imienia, za tradycję, za bycie częścią trauguciackiej społeczności. Z perspektywy minionych lat myślę, że tarcza na rękawie była elementem spajającym społeczność uczniowską. Tego doświadczamy po latach. Kiedyś szukający swojego miejsca w życiu młodzieńcy, dziś poważni panowie u schyłku zawodowej kariery, po części nawet emeryci, z których wielu niespokojne czasy rozrzuciły po świecie w poszukiwaniu chleba. Regularnie spotykamy się dla przyjemności bycia ze sobą. Spotykamy się nie dlatego, że wypada, że jest moda na szkolne zjazdy. Nam sprawia przyjemność przebywanie we własnym towarzystwie.

Moje córki (dziś już dorosłe kobiety) nie mogą się nadziwić, że ludzie, którym srebrzą się włosy, potrafią się bawić jak nastolatkowie. One tego nie doświadczają. Nie mają emocjonalnych więzi ze swoją szkołą i z klasowymi kolegami. Może poza jednostkowymi przypadkami. Myślę, że w zakamarkach duszy zazdroszczą nam tych prostych ludzkich radości.

W pokoleniu naszych dzieci coraz mniej jest ludzkiej serdeczności. Nowoczesne gadżety elektroniczne osłabiają więzi i zniechęcają do żywych kontaktów. Bratnia dusza odchodzi do lamusa, przyjaźń przecieka między palcami. Kontakty są zdominowane przez interesy, czy sprawy do załatwienia, a coraz mniej przez ludzką sympatię. Wszystko jest w porządku dopóki coś się w życiu nie posypie. Wtedy okazuje się, że nie ma nikogo, kto mógłby być wsparciem.  Podobnie w życiu zawodowym. Przyjaźń w pracy to fikcja. Do życia wkracza „kultura korporacyjna”, która posługuje się niby językiem przyjaźni. Jednak to zbratanie jest tylko narzędziem służącym co najwyżej szefom, by skutecznie manipulować podwładnymi.

Znów powracam myślą do cieszyńskich zaułków. Z zamkowego wzgórza ściele się przepiękny widok na wijącą się w dole stróżkę rzeki Olzy. W pogodne dni woda nieśpiesznie przelewa się po zaokrąglonych kamieniach, ale niech tylko w górach popada, zamienia się w rwąca groźną rzekę. Nie raz widziałem pełną grozy Olzę, zalany Czeski Cieszyn, który w odróżnieniu od starego miasta położony jest dość nisko.  Schodząc schodami od studni Trzech Braci w kierunku Olzy widać pozostałości po zerwanym przez rzekę moście, który w czasach minionej epoki służył dla potrzeb małego ruchu granicznego. Na szczęście dla wszystkich nie ma już granicy. Po obu stronach Olzy mieszkają w pełnej harmonii Polacy i Czesi, także w dużej mierze ludność niemieckojęzyczna, Węgrzy, niewielka społeczność Żydowska oraz zadomowieni ostatnio w Czeskim Cieszynie Wietnamczycy.

Mieszkańcy Cieszyna i całego regionu stworzyli ekumeniczną płaszczyznę koegzystencji

i współpracy we wszystkich dziedzinach życia. Protestanci i katolicy w Cieszynie, jak i całym okręgu kulturowym, przestrzegają ogólnych zasad tolerancji i wzajemnej akceptacji. Wymownym przykładem są tu liczne obecnie małżeństwa mieszane zawierane pomiędzy katolikami i ewangelikami. Większość młodych ludzi wychowana już w duchu liberalno-demokratycznym nie dostrzega jakichkolwiek problemów na tle zróżnicowania wyznaniowego. Pomimo ustanowionego w tej kwestii prawa, zasady wychowania dzieci w takich małżeństwach nie podlegają sztywnym, rygorystycznym regułom. Bardziej ugruntowany model zakłada wychowanie na zasadzie dziedziczenia według płci rodziców – syn zobowiązany jest do praktykowania wiary ojca, a córka wychowuje się w wierze matki. Członkowie takich rodzin przyzwyczajeni są także do obchodzenia rożnych uroczystości obrzędowych w obu kościołach. Instytucjonalne zróżnicowanie kulturowe na fundamencie wyznania przejawia się obecnie bardziej we wzajemnej współpracy niż rywalizacji.

Pisząc powyższe, przypomniała mi się anegdota, którą swego czasu opowiadał mi wujek Jan, nieżyjący brat mego ojca. Nazywam to anegdotą, choć Wuj zarzekał się, że jest to fakt. Nim ją przytoczę, kilka słów wstępu. Jerzy Buzek, były premier polskiego rządu, wywodzi się również ze Śląska Cieszyńskiego. Rodzinny dom Buzków położony był w Śmiłowicach w niedalekiej odległości od wspomnianej na początku opowieści Ropicy, w której to miejscowy proboszcz zamówił i zamontował na kościelnej wieży zegar. Spłata zadłużenia tego zegara przebiegała dość opornie, jako że nie nazbyt wielu katolików mieszkało w okolicy. Groziło nawet, że trzeba będzie zegar zdemontować. Wtedy to zgłosił się do proboszcza dziadek premiera ofiarowując 100 CK koron. Była to jak na ówczesne czasy znacząca suma. Zaskoczony proboszcz pyta: „Wy, panie Buzek, jesteście ewangelik, to co macie wspólnego   z naszym zegarem?” Na to starszy pan rzecze: „Jak idę na pociąg do Ropicy to patrzę na wieżę kościoła i wiem czy mam się pospieszyć czy iść spokojnym krokiem.” Wieść gminna niesie, że starszy pan Buzek był jak na owe czasy dość światłym człowiekiem. Tyle jeśli chodzi o anegdotę, znakomicie wpisująca się w obraz zgodnie żyjących obok siebie społeczności.

Zadaję sobie czasem pytanie – jak to jest, że Polski w Polsce wszyscy nienawidzą. Prawdziwi Polacy nienawidzą nieprawdziwych. Prawdziwi katolicy opluwają tych nieprawdziwych. Zastanawiam się, którzy są którzy? Nie wiem, co myśleć o takim braku szacunku i zrozumienia wśród ludzi, których przecież nic nie dzieli, a wszystko łączy. To wielka zadra na sercu w świecie moich wyobrażeń.

Ja kocham mój kraj. Śląsk jest moją Małą Ojczyzną. Są tutaj lasy i góry, jeziorka i rzeki, gospodarstwa, pola, huty i kopalnie. Mieszkają tu Polacy, Niemcy,  są  Czesi i Żydzi. Prawdziwi Polacy, prawdziwi Czesi, Niemcy i Żydzi ze wszystkimi kompleksami wmówionymi bądź urojonymi. Mamy tu świątynie kilku wyznań, w których nasze dziewczęta poślubiły chłopców stąd i stamtąd.  Mamy tu krajobraz księżycowy, skażony ciężką pracą.  Hale fabryczne, które niczym zapomniane pałace jakieś minionej cywilizacji, pobudzają wyobraźnię. Zagubione torowiska, które nie wiadomo skąd się wyłaniają i dokąd prowadzą. Perony, na których nie zatrzymuje się już żadna lokomotywa. Mamy cmentarze z omszałymi nagrobkami, gdzie wiele języków zaświadcza o przemijaniu.  Ale przede wszystkim mamy ciężką pracę, wykonywaną solidnie z dużą dozą samozaparcia. Jest to moja Mała Ojczyzna, którą ciągle w zdumieniu na nowo odkrywam, opisując czasami jej los na papierze.

Andrzej Kłoda

Matura 1969  klasa IXc

Wychowawca: Prof. Stefania Czerniak