Monthly Archives: Marzec 2015

Wspomnienia p. Wiesława Kolana (matura 1959)

Był chyba rok 1958, klasa 10 „b”. Wychowawca – wspaniały, lubiany prof. Antoni Drzazga, uczył fizyki, był dla nas autorytetem i opiekunem.
Zacząłem poważnie, teraz z innej „beczki”. Niektórzy profesorowie pozwalali na lekcjach na trochę swobody /na chemii nie !!!/. Tak się składało, że wtedy /no, dziś chyba też/ byłem niskiego wzrostu.
Kolega z klasy Antoni Długosz – wyższego wzrostu – obecnie biskup częstochowski /serdeczne pozdrowienia/, po wielu  latach, już jako biskup, odpowiadając na stwierdzenie mego znajomego, że „mamy wspólnych znajomych”- zapytał „a kogo?”. Gdy padło moje nazwisko i imię, powiedział – „a, to ten mały?”.
Jednak w szkole, wtedy przy ul. Jasnogórskiej, były zalety niskiego wzrostu.
Klasa mała, ciasna. Wygodnie siedziało się niskim i „małym” w ławce. Wygodnie grało w cymbergaja, w „bambuko” w sali gimnastycznej /w drugim budynku/, można było schować się przed oczami profesorów, szczególnie od chemii, chociaż efekty czasem były inne niż oczekiwane. Łatwo wysokim kolegom uciec pod rękami, z piłką w czasie gry w kosza. Prof. Zdzisław Szulc twierdził, jesteś niski ale sprytny, dasz sobie radę, przychodź na treningi do sali Technikum Kopalnictwa Rud, chyba też na Jasnogórskiej, tylko bliżej Jasnej Góry.
Tam, za dobre postępy w sztuce koszykówki otrzymywaliśmy cukier w kostkach /pycha!/.

Wspomnienia p. Jana Czekajewskiego (matura 1952)

Janka Czekajewskiego Matura w 1952

Czytając inne wspomnienia kolegów którzy ukorzyli naszą szkolę wiele lat później niż ja, odnoszę wrażenie że na ich życie wielki wpływ miało harcerstwo i opisy doświadczeń z pobycie w harcerstwie są dla mnie zbyt cukierkowe.  Tak, Liceum Traugutta jest i było dobrą szkolą i tą sama szkolę z powodzeniem ukończyły moje dwie siostrzenice, Olga i Kasia Tromczyńska.  Ja natomiast dostałem się do tej szkły w roku 1948 przez protekcję, jako że moje wyniki z edukacji wojennej były bardzo podłe. Tak się złożyło, że koleżanka mojej mamy ze szkoły Sióstr Urszulanek, była sekretarką dyrektora szkoły Jana Smolarkiewicza i „załatwiła” mi przyjęcie. Co prawda egzaminował mnie Prof. Kazimierz Kusiba, nauczyciel geografii, ale moje odpowiedzi były wadliwe i prof. Kusiba zawyrokował, że Jan Czekajewski nic nie umie, ale zobaczymy czy mu się uda sprostać zaawansowanym wymogom liceum Traugutta. O ile sobie przypominam  prof. Kusiba zadał mi tylko jedno pytanie, czy ja wiem jaki kraj znajduje się na Półwyspie Pirenejskim. Oczywiście nie wiedziałem, bo jedynie wiedziałem gdzie jest Gnaszyn i Kawodrza a najdalej Kłomnice i Radomsko.  Wokół Częstochowy nie było ani wysp ani półwyspów. Do Liceum zostałem jednak przyjęty i od razu natrafiłem na kłopoty.  Trafiłem do klasy IIa, która później została zmieniona na klasę dziewiątą. W klasie tej było kilku wybitnych „intelektualistów” jak na przykład  Heniek Kluba, późniejszy reżyser filmowy i dyrektor Szkoły Filmowej w Łodzi i Władek Terlecki, późniejszy wybitny pisarz historyczny. Jak sobie przypominam Władek Terlecki zadebiutował poematem wywieszonym na gazetce ściennej zatytułowanym Sonata Chopina.  Ja z moją mizerną wiedzą do nich nie pasowałem. 

Wspomnień p. Andrzeja Kłody ciąg dalszy

Sięgając pamięcią wstecz doszedłem do wniosku, że niewiele mogę dołożyć do przebogatej palety wspomnień, anegdot oraz biogramów profesorów i absolwentów II LO. Lata spędzone w murach szkoły, pamięć o światłych, dobrych i życzliwych profesorach oraz wychowawcach zakiełkowała u mnie chęcią podzielenia się z koleżeństwem życiowymi drogami człowieka, który całkiem przypadkowo znalazł się w szeregach uczniów, a potem absolwentów szacownego II LO. Zbyt krótko mieszkałem w Częstochowie, przed wstąpieniem w mury szkolne, by mieć odwagę do recenzji otaczających mnie zdarzeń. Tuż po maturze zamieszkałem w Katowicach, a po następnych sześciu latach przeniosłem się do Tychów, gdzie mieszkam po dziś dzień. Pragnę poniżej przybliżyć mój świat, moją małą Ojczyznę, z którą od ponad 60 lat się utożsamiam. Pamięć dziecięcych lat, która kołacze się po dziś dzień po głowie oraz wyniesiona z domu rodzinnego miłość do tego skrawka ziemi sprawia, że jak tylko mogę to z przyjemnością spaceruję po bruku cieszyńskich uliczek, zaś w pogodny dzień z okien mojego mieszkania mam widok na szczyty Beskidu Śląskiego.