Szkoła na wesoło – wspomnienia p. Wiesława Kolana (matura 1959)

Pan prof. Teodor Kusznir był bardzo miłym profesorem i radosnym człowiekiem. Często dotykały Go „wypowiedzi” naszego kolegi brzuchomówcy /podobnie jak to opisał we wspomnieniach, kolega z klasy, ks. bp Antoni Długosz, wymieniając p.prof.Litwińską/. Trudno było /dla niewtajemniczonego/ zorientować się skąd głos jest „nadawany”. Najczęściej można było przypuszczać, że głos pochodzi z za drzwi wejściowych lub z balkonu, bo klasa była mała, ale dwoje drzwi miała. No i wiadomo co można było słyszeć – imię profesora, akcentowane i rozciągane „Teoś, Teeooś, Teeeoooś „itp.. I teraz, co się działo? Pan prof. /jak zaznaczyłem wcześniej – człowiek radosny/ udawał, że nie słyszy, ale niezauważalnie przesuwał się, boczkiem, w kierunku drzwi wejściowych.
Gdy już wiedział, że może szybko otworzyć drzwi i złapać „nadawcę” – momentalnie drzwi otwierał i wyskakiwał na korytarz. My tłumiliśmy śmiech, bo przecież wiedzieliśmy, że nikogo tam nie ma. Ale przy posturze profesora /trochę puszysty i niski/ takie szybkie ruchy wywołać musiały radość. Niestety – profesor po tym niepowodzeniu, wracał zawiedziony do klasy, ale jak się okazało, wcale nie zniechęcony co do konieczności wykrycia nadawcy swego imienia. Sposobność nadarzała się dość często. Inna taktyka pana profesora polegała na tym, że przypuszczał, iż głos dochodzi z balkonu, lub przez balkon z sąsiadującej z balkonem klasy.

Wtedy było równie ciekawie .Otóż – pan profesor udawał, że nie słyszy, ale powoli, niezauważalnie /by nie spłoszyć „nadawcy”/ przesuwał się w stronę drzwi balkonowych. Nie było to łatwe, bo katedra i ściana z tablicą były bardzo blisko ławki przy katedrze. Przejście wąskie, pan profesor – jak wiemy – trochę puszysty, stąd musiał trochę gimnastyki włożyć, by być koło drzwi balkonowych. I tutaj miał szanowny profesor dwie możliwości. Pierwsza -„nadawca” jest na balkonie, druga – jest w sąsiedniej klasie. Pierwszą sprawdzał błyskawicznie wyglądając na balkon przez szybę drzwi balkonowych – nie ma nikogo, więc otwarcie szybkie drzwi balkonowych i zaglądnięcie do klasy sąsiedniej. Oczywiście – nikogo nie było. Ale dla nas to były przeżycia. Wiem, że nie wypływały z niskich pobudek, były radosne, bo widzieliśmy, że pan profesor też się trochę bawi. Piszę o tym, bo przypuszczam, że „Szkoła na wesoło” może takie wydarzenia przyjąć. Również dlatego, że pana profesora bardzo lubiłem. Z językiem niemieckim nie miałem większych kłopotów, a to w szkole ważne. Jest jeszcze jeden powód. Otóż mieszkałem na stancji w Alei NMP 21. Pan profesor po lekcjach też szedł w tym kierunku. Miałem zaszczyt i przyjemność wiele razy iść koło pana profesora i nieść mu teczkę od szkoły do Alei. Myślę, że można się domyślić o czym rozmawialiśmy. Jeden temat był wiodący. „Panie, panie” – bo profesor tak zwracał się często do uczniów – jak to jest, że słychać ten głos”??? Wiele razy tłumaczyłem, że nie wiem, że to z podwórka i inne wykręty. Przecież nie mogłem powiedzieć prawdy. Pan profesor dobrodusznie, z uśmieszkiem stwierdzał „Wy powinniście się leczyć, ale nie u lekarza tylko u weteryniarza”. No i sytuacja się rozpogadzała.

Wiesław Kolan. Abs.1959r. Klasa b.