Wspomnienia p. Andrzeja Kłody (matura 1969)

  100_0637 W czasach, w których przyszło mi przebywać w szkolnych murach, panowała powszechna moda na grę sportową tzw. cymbergaja.  Cymbergaj to gra z ponad stuletnią tradycją w Polsce. Była to podwórkowo-szkolna gra, popularna szczególnie wśród dzieci i młodzieży w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Obecna w kilku odmianach.  Ślady tej popularności odnaleźć można między innymi w literaturze młodzieżowej Adama Bahdaja czy Edmunda Niziurskiego.

W szkole graliśmy w odmianę gry tzw. cymbergaj grzebieniowy. Do gry używało się trzech monet. Dwie z nich z reguły większe (np. 2 zł) były stosowanie, jako zawodnicy, a trzecia o wyraźnie mniejszej masie (np. 10, 20gr), jako piłka. Gra toczyła się na boisku (biurko, ławka szkolna) z zaznaczonym środkiem, polem karnym i bramkami. Jej celem jest strzelenie jak największej ilości goli przeciwnikowi, używając grzebieni (stąd nazwa) lub przyrządów przemyślnie wykonanych z linijek czy ekierek służących do uderzania zawodników tzw. suwek. Służyły one do przesuwania monet i kierowania nimi „piłki” w kierunku bramki przeciwnika.

Gra była rozpowszechniona w szkole i budziła tyle emocji, że trudno dziś wskazać podobne zjawisko. Przemyślne zagrywki dziesiątki razy ćwiczone, często gęsto na lekcji pod ławkami. Sprzęt w formie właściwych monet dobranych według wielkości i ich masy. Wymyślne kształty linijek służących do uderzeń o monety. To główne atrybuty gracza.

Były rozgrywki klasowe, szkolne, między szkolne. Liga cymbergajowa stała na wysokim poziomie.  Głównym ośrodkiem gdzie rozgrywały się poszczególne mecze to świetlica. Nie było mowy o zjedzeniu śniadania czy wypiciu mleka wydawanego tam przez malutkie okienko. Praktycznie na każdym stoliku odbywały się rozgrywki. Stoły mistrzowskie otoczone wianuszkiem kibiców tętniły emocjami. Były oczywiście niebezpieczeństwa związane z brakiem czujności. Do największych zagrożeń należała konfiskata sprzętu przez dyżurujących nauczycieli.  Celowała w tym szczególnie i była zmorą rozgrywek Pani z biblioteki. Biblioteka szkolna sąsiadowała ze świetlicą przez duże przesuwne i oszklone drzwi. Pani ta, niestety nie pamiętam imienia, powszechnie przez uczniów nazywana Wiewiórą z powodu ognistej fryzury, często znienacka wpadała do świetlicy i zabierała ze stołów sprzęt sortowy nie bacząc na wynikłe z tego skutki w tabeli rozgrywek.

Utrata sprzętu to była duża niedogodność dla gracza. Bardzo cenne, bo trudne do zastąpienia były monety. W tych czasach w obiegu były monety wykonane z aluminium, które nie nadawały się do gry. W lidze używało się powszechnie monet pochodzących z okresu II RP    z przed roku 1939. Wykonane były one ze stopu niklu i znakomicie zachowywały się na „boisku”. W zakamarkach domowych szuflad były obecne, ale ich ilość niestety była ograniczona.

Od mojej matury upłynęło już 45 lat, a biorąc pod uwagę czas spędzony w szkole, to pół wieku, od kiedy przekroczyłem po raz pierwszy szkolny próg. Lata te minęły jak                     z przysłowiowego „bicza strzelił”. Z przyjemnością powracam myślą do czasów, kiedy biegało się do szkoły, wtedy obowiązkowo w granatowym garniturku i przyszytą do rękawa tarczą. Na głowie czapka ze sztywnym daszkiem, zgodnie z panującą uczniowską  modą, przełamanym po środku na dwie części. Przy wejściu do szkolnego budynku sprawdzano tarczę i regulaminowy ubiór. Dziś zapewne nazwano by to psychicznym nękaniem albo jeszcze nawet gorzej. Myśmy wówczas nie wstydzili się ani tarczy ani jednobarwnych strojów. Taka była norma i nikt się nie buntował. Myślę, że każdy z nas młodych ludzi, mając naszyty na ramieniu wizerunek szkoły, w głębi duszy czuł w sobie odpowiedzialność za poszanowanie dobrego Jej imienia, za tradycję, za bycie częścią trauguciackiej społeczności. Z perspektywy minionych lat myślę, że tarcza na rękawie była elementem spajającym społeczność uczniowską. Tego doświadczamy po latach.

Kiedyś szukający swojego miejsca w życiu młodzieńcy, dziś poważni panowie u schyłku zawodowej kariery, po części nawet emeryci, z których wielu w poszukiwaniu chleba niespokojne czasy rozrzuciły po świecie. Regularnie spotykamy się dla przyjemności bycia ze sobą. Spotykamy się nie dla tego, że wypada, że jest moda na szkolne zjazdy. Nam sprawia przyjemność przebywanie we własnym towarzystwie. Moje córki (dziś już dorosłe kobiety) nie mogą się nadziwić, że ludzie, którym srebrzą się włosy, potrafią się bawić jak nastolatkowie. One tego nie doświadczają. Nie mają emocjonalnych więzi ze swoją szkołą       i  klasowymi kolegami. Może poza jednostkowymi przypadkami. Myślę, że w zakamarkach duszy zazdroszczą nam tych prostych ludzkich radości.

W pokoleniu naszych dzieci coraz mniej jest ludzkiej serdeczności. Nowoczesne gadżety elektroniczne osłabiają więzi i zniechęcają do żywych kontaktów. Bratnia dusza odchodzi do lamusa, przyjaźń przecieka między palcami. Kontakty są zdominowane przez interesy, czy sprawy do załatwienia, a coraz mniej przez ludzką sympatię. Dziś w znajomościach liczą się doraźne treści. Nie szuka się bratniej duszy, ale właściwej osoby, która pomoże w karierze. Brak czasu i wyścig szczurów powodują, że relacje międzyludzkie traktuje się instrumentalnie. Z kimś wypada się pokazać, a z kimś nie.  Spotkania towarzyskie są lekkie i powierzchowne. Wszystko jest w porządku dopóki coś się w życiu nie posypie. Wtedy okazuje się, że nie ma nikogo, kto mógłby być wsparciem.  Podobnie w życiu zawodowym.

Ponarzekałem. Może przejaskrawiam trochę dzisiejszą rzeczywistość. Cóż, stary zgred ze mnie. Wrodzona tolerancja każe mi jednak z ufnością patrzeć na poczynania naszych następców.

Pozostaję w szacunku dla pamięci o światłych, dobrych i życzliwych profesorach oraz wychowawcach.

Andrzej Kłoda
klasa XI c,
matura  1969r,
wychowawca p. Stefania Czerniak

Zdjęcie nadesłał p. Andrzej Kłoda

Zdjęcie nadesłał p. Andrzej Kłoda

 

Przy grobie naszej wychowawcy p. Stefani Czerniak