Wspomnienia p. Jerzego Zawadowicza

-Moje wspomnienie z „Traugutta”

Częstochowa, 3 listopad 2008

Kiedy myślę o młodości i w ogóle o najlepszych latach mojego życia, które wiązały ze sobą możliwe jeszcze do spełnienia marzenia i pozytywne doznania wynikające z poznawania świata, nieodparcie nasuwa się myśl, że były to lata spędzone w II liceum ogólnokształcącym im. R. Traugutta w Częstochowie.

Począwszy od wyboru tej szkoły po podstawówce, kiedy słyszałem historie mojego ojca- absolwenta Traugutta jak i moich bliższych i dalszych krewnych, a także opowieści o nauczycielach- postaciach barwnych i nietuzinkowych- wybór nasuwa się niejako naturalnie. Później pierwsze tak duże przeżycie- zdanie egzaminu wstępnego i  wreszcie pierwsza lekcja w nowej klasie. Profesor Zyguła- nasz wychowawca ze swadą i humorem przedstawiał wymagania, którym jako uczniowie tak zasłużonego liceum będziemy musieli sprostać. Zainteresowani, co niesie ten nowy świat, zaczynaliśmy naukę w nowym gronie kolegów. Aby bardziej scementować towarzystwo, profesor Zyguła wprowadzał nowe zwyczaje. Jeżeli ktoś zachorował, koleżanki i koledzy mieli go odwiedzać. W ten sposób szybko zacieśniały się koleżeńskie przyjaźnie. Szybko przekonaliśmy się, że Traugutt to był niesłychanie barwny świat ciekawych osobowości. Dotyczyło to zarówno uczniów,  ale także,  a może przede wszystkim grona pedagogicznego. Matematyki uczył profesor Zyguła. Wymagający, ale dający z siebie bardzo dużo. Rzadko kiedy udaję się spotkać nauczyciela matematyki, który w ciekawy i przemyślany sposób potrafił nauczyć matematyki wyłącznie na lekcji. Dbał o to, żeby wszyscy zrozumieli przedmiot i nauczyli się go. Dlatego miał też niepodważalny autorytet i szacunek nawet wśród tych, którym nie szło najlepiej. Byliśmy niewątpliwie ”klasą Zyguły”.
Jednak ”nie samą nauką”… Wśród nauczycieli , którzy wmuszanie nam wiedzy traktowali jako swój święty obowiązek byli i tacy, którzy podjęli się organizowania czasu wolnego młodzieży.
Trzeba, pamiętając tamte lata, przyznać że nie byliśmy w liceum poddawani indoktrynacji przez „jedynie słuszną” ideologię.

Jak więc zorganizować zajęcia w czasie wolnym, jeżeli mają one być nie kolejnym obowiązkiem, ale dobrowolnie narzuconym sobie przez młodzież sposobem życia? Trzeba do tego autorytetu, który potrafi pokazać młodzieży, że nie wszystko musi być wykonywane na rozkaz, ale, że, podejmując się różnych wyzwań, można nauczyć się, od czego w życiu zależy sukces i jak należy postępować, żeby być przyzwoitym człowiekiem. Kiedyś słyszałem zdanie, które uderzyło mnie swoją trafnością. Jeżeli coś lub kogoś kochasz, to znaczy, że masz dla niego czas.

Kiedy wspominam różne przeżycia z tego okresu liceum, pamiętam osobę, która miała dla nas czas- bardzo dużo swojego własnego, prywatnego czasu. Ten nam ofiarowany czas wypełniony  był stawianiem zadań i ich realizacją własnym przykładem i pomysłami tak, aby wszyscy, którzy uczestniczyli w tamtych przeżyciach, zapamiętali je do końca życia jako coś wspaniałego.

Osobą, która nigdy nie żałowała swojego prywatnego czasu, był nauczyciel języka rosyjskiego profesor Włodzimierz Kolman.

Dla mnie twórcą naszej szkoły był nieodżałowany dyrektor Antoni Drzazga. To On z ogromnym wyczuciem i taktem konsolidował wszystkie indywidualności w gronie pedagogicznym. On, działając w trudnych warunkach komuny, stworzył szkołę otwartą, premiującą otwartość na świat i samodzielne myślenie. On też powierzył stworzenie harcerstwa naszemu profesorowi i przyjacielowi Włodzimierzowi Kolmanowi. Profesor Kolman zbudował to harcerstwo właściwie od zera jako formę, którą wypełnił  swoim działaniem: wycieczkami, obozami, trampingami, organizacją zespołów artystycznych i całych grup teatralnych. Nie było poza harcerstwem  pod jego kierunkiem żadnej alternatywy. Dla wszystkich chętnych wystarczało miejsca, żeby współuczestniczyć.

A w czym? Pamiętam tamte czasy. Nie było nic dostępnego w sposób normalny. Wszystko podlegało „załatwianiu” i „organizowaniu”. Nie było to przeszkodą, żebyśmy zorganizowali wyjazd do Bułgarii czy Rumunii zabierając niemal cały prowiant ze sobą. Załatwiając formalności paszportowe. Przekonując naszych i „bratnich” celników, że ten prowiant to dla nas, a nie na handel. Spędzając cudne chwile na organizowanych przesz nas samych obozach harcerskich i poznając zupełnie dotąd nieznane nam rejony Europy – wtedy jeszcze podzielonej. Nikt nie żałował czasu i wysiłku – nagrodą były wspólne wyprawy. W czasie takich wakacji poznawaliśmy prawdziwe życie – raz, kiedy w górach zastała nas noc, a wycieczka w rejon Koziego Wierchu i przełęczy Krzyżne przedłużyła się do 24 godzin. Innym razem, kiedy nasz pociąg, na którym rezerwację załatwiliśmy trzy miesiące wcześniej uciekł nam, a my do Rumunii dotarliśmy z 7 przesiadkami, bez kuszetek zmieniając wagony i pociągi zawsze nie będąc pewnymi, czy następny pociąg nas zabierze. Mimo, że na dworcu w Warszawie 60 osobowa grupa harcerzy usłyszała, że każdy może zrezygnować, bo czeka nas nieprzewidywalna podróż w niewygodach, nikt nie wrócił do domu. Wszyscy później dzielili trudy koczowania na dworcu we Lwowie, gdzie na kuchenkach gazowych przyrządzaliśmy jajecznicę, czy w trakcie odprawiania bagaży, które 23 razy były przenoszone przez nas z pociągu do pociągu i później autobusu. Podczas podróży przez Rumunię nauczyłem się liczyć po rumuńsku. Żadna teoria nie zastąpi tych doświadczeń. To właśnie sprawiło, że wspominam liceum tak ciepło, a „naszego” profesora Kolmana darzę przyjaźnią i szacunkiem do dziś. Tak samo przyjaźnie wtedy zawarte przetrwały te wszystkie lata, bo scementowało je wspólne organizowane życie. To bardzo ważne, żeby młodzież mogła mieć do czynienia z takimi pedagogami, z taką dyrekcją i z taką szkołą, w jakiej nam było dane przeżyć cztery wspaniałe lata naszego życia.