Wspomnienia (2008r.) p. Krzysztofa Pośpiecha

W II LO im. R. Traugutta pracowałem 20 lat (1967–1987). Zaczynałem jako prawie początkujący nauczyciel wychowania muzycznego, będąc niewiele starszym od uczniów… Z perspektywy czasu sądzę, że mam pełne prawo powiedzieć, że w miarę szybko „dogadałem się” z uczniami i naprawdę polubiłem tę pracę. Myślę także, że pracując z tymi młodymi ludźmi, uczyłem się przy nich sam, szczególnie dydaktyki i rzemiosła muzycznego.

Mając do czynienia z młodymi, inteligentnymi ludźmi, często o dużych predyspozycjach muzycznych (był podział klas na grupę plastyczną i muzyczną) należało tylko stworzyć mechanizmy i zachęty, by przedmiot wychowania muzycznego nie stał się przysłowiowym „michałkiem” w hierarchii nauczanych przedmiotów. Sądzę dziś, że postawiłem młodzieży dość wysokie wymagania dydaktyczne, a z drugiej strony organizowałem im wiele atrakcyjnych występów, np. wycieczek integrujących ich w pracy artystycznej. Myślę, że większość tych założeń pedagogicznych udało się zrealizować, głównie dzięki osiągniętym w miarę szybko efektom ich pracy.

Funkcjonowały wtedy w różnym czasie takie zespoły, jak: wielogłosowy chór mieszany, żeński, mały zespół wokalny, zespół instrumentalny i soliści– wokaliści, a nawet zespół pieśni i tańca.

Mogły one funkcjonować w oparciu o przedmiot wychowania muzycznego i wykorzystanie faktu, że uczyło się w naszej szkole również kilku uczniów szkoły muzycznej.

Po latach, obok ogólnej atmosfery panującej w szkole, najbardziej pamiętam kilka epizodów, które miały wpływ na moją pracę oraz wiele zabawnych sytuacji ze szkolnego życia.

 Epizod I

 W drugim lub trzecim roku pracy w Liceum Traugutta poprosiłem dyrektora Drzazgę, by w planie zajęć lekcyjnych uwzględnił fakt istnienia szkolnego chóru, którego członkami byli wybrani uczniowie większości klas. Wiązało się to z ustawieniem planu zajęć w taki sposób, by wszystkie klasy kończyły razem lekcje w jednym z dni tygodnia. Wstępnie dyrektor obiecał mi, że zobaczy, czy będzie to możliwe i że widzi logikę takiego rozwiązania. Przed rozpoczęciem roku szkolnego wyłożono plan lekcji i, niestety, nie uwzględniono mojej prośby. Wybrałem się więc ponownie do dyrektora, który powiedział mi, że przekazał moją prośbę osobom, które mu plan budowały. Twierdzą one, że nie bardzo się da to zrealizować.

Mając w perspektywie dalszą walkę, głównie o frekwencję w chórze, bo uczniowie często musieli bezczynnie czekać jedną, czasami nawet dwie godziny, poprosiłem o przekazanie mi wszystkich potrzebnych danych do takiego planu. Otrzymałem je, i pierwszy raz w życiu, stosując metodę prób i błędów, spędziłem przy tym planie bez przerwy 36 godzin, bo rozpoczynał się już nowy rok szkolny.

Wiedziałem, że ten nowy plan nie może być gorszy i powinien uwzględniać potrzeby szkoły i bardziej odpowiadać nauczycielom. Finał akcji był dla mnie pozytywny. Wprowadzono nową wersję planu i od tego czasu mogłem bez problemów zaczynać próby chóru, już nawet po 5 lekcjach w czwartki. Ten fakt miał jeszcze dalekosiężne następstwa „negatywne”, bo stałem się na kilka lat specjalistą od planu lekcji. Pozytywem było natomiast to, że mogłem spokojne realizować próby z chórem i omijało mnie wiele pedagogicznych „nasiadówek”, bo był to również bardzo wygodny termin do zebrań Rady Pedagogicznej.

 Epizod II

 W każdej szkole ogólnokształcącej jest jeszcze jeden ważny problem realnego funkcjonowania np. chóru szkolnego. Ten problem to występy. Przygotowanie publicznego występu chóru wymaga wielogodzinnych prób i żmudnej pracy uczniów, lecz to jest dopiero część problemów. Scena jest miejscem okrutnym, szczególnie dla amatorów, a więc uczniów trzeba przygotować do występu właściwie perfekcyjnie, bo każdy błąd lub niedopracowanie na scenie jest śmiesznością.

Zapamiętałem kilka wydarzeń niezwykle ważnych, a wiążących się z niezbędnym rozśpiewaniem chóru, co robi się bezpośrednio przed występem. Zawsze więc zgłaszałem dyrekcji prośbę, by jedną lekcję wcześniej, np. przed szkolną akademią, przeznaczyć na próbę dla chórzystów, co zwykle było zapisane w książce ogłoszeń przez dyrekcję.

Raz wydarzył się taki przypadek. Na początku próby stwierdziłem, że w jednym z głosów jest tylko jedna osoba i nie da się wykonać zaplanowanych utworów. Okazało się, że kilka osób nie zostało zwolnionych na próbę, więc poprosiłem ucznia, by poszedł do tej klasy, przeprosił profesora i poprosił o zwolnienie chórzystów. Po chwili uczeń wrócił i z uśmiechem oświadczył, że ci uczniowie nie zjawią się na próbie. Widząc specyficzną, oczekującą na wynik, reakcję chórzystów, wiedziałem, że dla mnie jest to ważny moment, a dla powagi zajęć muzycznych w szczególności. Postanowiłem zareagować osobiście i do dziś się cieszę, że udało mi się wtedy przekonać kilka osób do mojej argumentacji.

Wcale nie ukrywam, że jestem wielkim zwolennikiem funkcjonowania dużych liczebnie zespołów np. chórów, bo o stanie wychowania muzycznego w szkole nie świadczą jedna czy dwie dziewczyny śpiewające piosenki, np. z akompaniamentem pedagoga lub tzw. półplaybacku. Żałuję, że władze oświatowe zrobiły bardzo dużo złego, właściwie rugując przedmioty artystyczne ze szkoły lub wprowadzając „erzace” niczemu sensownemu nie służące.

A szkoda!!!

 Epizod III

 Najważniejszym zajęciem nauczyciela muzyki w szkole ogólnokształcącej było prowadzenie lekcji nazywanej dawniej wychowaniem muzycznym. Odbywały się one w ramach jednej godziny tygodniowo w I, II i III klasie liceum, co przy dobrej organizacji pozwalało przekazać uczniom podstawową wiedzę o muzyce, zapoznać ich z niezbędnymi przykładami muzycznymi i przygotować do odbioru dóbr kultury muzycznej na przyszłość.

Do prowadzenia tych lekcji potrzebne było stosowne wyposażenie pracowni muzycznej w instrument (pianino), urządzenia techniczne typu gramofon i magnetofon, tablicę z pięcioliniami i jeszcze kilka drobnych a potrzebnych rzeczy. W Traugucie funkcjonowały przedmiotowe pracownie, ale muzycznej nie było i trzeba ją było wygospodarować. Wybór padł na małą salkę w podziemiach, przez uczniów nazywanych Hadesem.

Z pomocą panów Gałązki i Cichonia, którzy byli technicznymi podporami wszelkich prac fizycznych w liceum, uczniowie wyrzucili gruz, wymyli okna i wymalowali salę.

Jakaż to była dla mnie wygoda, bo nie musiałem chodzić od klasy do klasy, nosząc w jednej ręce dziennik i instrument nazywany melodyką a z kultowym już dzisiaj gramofonem Bambino w drugiej ręce. Później udało się skompletować dostosowaną do programu nauczania płytotekę, a także kupować coraz nowszego typu urządzenia odtwarzające i rejestrujące dźwięk.

Nauczanie muzyki ruszyło więc bez większych niespodzianek, mimo że odbywało się w „piwnicznej izbie”.

 Epizod IV

 Pisząc wcześniej o przedmiotowej płytotece, muszę dodać, że składała się ona z około 90 płyt winylowych zawierających nagrania muzyczne, od średniowiecznej monodii i prymitywnych form wielogłosowości, aż po muzykę współczesnych kompozytorów, bo tak historycznie ułożony był program nauczania. Słuchaliśmy sporo muzyki jak na małe ramy czasowe przedmiotu, gdyż zawsze zależało mi, by moi uczniowie odróżniali przysłowiową muzykę Bacha od muzyki Offenbacha. W tej sprawie unikałem więc najgłupszej zasady mówienia o muzyce bez muzyki.

Zawsze zastanawiałem się, jak uczniowie odbierali słuchaną na lekcjach muzykę? W tej sprawie nie mam jednoznacznej odpowiedzi, ale sądzę, że najbardziej prawdziwą odpowiedź mogą dać sobie aktualnie już dojrzali uczestnicy tych lekcji.

Zapamiętałem natomiast na całe życie zabawną sytuację, która wydarzyła się przy słuchaniu muzyki w jednej ze starszych klas. Omawialiśmy wtedy twórczość współczesnych kompozytorów i jako przykład ilustrujący nowatorski język muzyczny słuchaliśmy utworu Krzysztofa Pendereckiego „Tren Pamięci ofiar Hiroszimy”, zawierający nowatorskie środki wyrazu, takie jak mocno drażniące glissanda i agresywnie brzmiące klastery, zastosowane, by oddać tragizm zawarty w tytule tego utworu.

W czasie odtwarzania „Trenu” zauważyłem, że jedna z uczennic raczej nie słucha tej muzyki, bo jej myśli „odpłynęły” gdzieś daleko poza klasę. Zaraz po zakończonej prezentacji utworu wyrwałem ją z letargu, pytając co ona sądzi o tej muzyce. „No, no, no… ta muzyka jest taka nastrojowa” – tu wzięła oddech, by coś powiedzieć dalej, ale jeden z chłopaków wtrącił swoją uwagę. „Nie wiem jak ciebie, ale mnie ta muzyka nastraja jak samuraja!!!”.

Do tego dodać muszę tylko jedno, płyta z tym utworem zginęła ze szkoły i jeśli to zrobił ktoś z uczniów i do dzisiaj jest fanem muzyki Pendereckiego, to niech się czuje rozgrzeszony.

 Epizod V

 Racjonalnie wykorzystywany czas lekcji to jeden z ważniejszych elementów, również w dydaktyce muzycznej. Niezwykle czasochłonną czynnością w szkole jest odpytywanie uczniów, a więc sprawdzanie i ocenianie ich wiedzy. Postanowiłem tę czynność zreformować, wprowadzając – po omówieniu jakiegoś działu materiału – zapowiadane, krótkie 10-, 15-minutowe kartkówki sprawdzające wiedzę uczniów.

Kartkówki te zwykle nosiłem w teczce– aktówce, by sprawdzić je w domu. Pewnego razu do niezamkniętej aktówki „dobrał się” mój nowy, domowy nabytek, młody piesek i wyciągnął jedną z kartek, z której zostały tylko strzępy, nie pozwalające nawet ustalić, czyja to była praca. Na następnej lekcji z tą klasą, rozdałem kartkówki, wpisałem oceny, a na końcu zapytałem, kto jeszcze nie otrzymał swojego sprawdzianu.

Wstała jedna uczennica, mocno zaniepokojona, co widząc, bardzo poważnie powiedziałem jej: „Twoja praca była tak dobra, że nawet zjadł ją pies”. Widząc teraz przerażenie w oczach dziewczyny, wyjaśniłem całą sytuację. Uczennica zachowała się bardzo pięknie, proponując, że napisze jeszcze raz kartkówkę. Ujęty tymi słowami odpowiedziałem „To jest ewidentnie moja wina i w związku z tym otrzymujesz najwyższą ocenę – bardzo dobry”. W tym momencie jeden z chłopaków z żalem w głosie skomentował to tak: „Cholera!!! Że też mojej nie zżarł”. Cała klasa „ryknęła” śmiechem i padło oczywiście wiele dalszych zabawnych komentarzy.

 Epizod VI

 Realizowana w szkole ogólnokształcącej dydaktyka muzyczna to oczywiście nie tylko lekcje prowadzone w klasach, lecz także wiele zajęć pozalekcyjnych. Uczniowie chętnie biorą udział w takich zajęciach, jeśli są one atrakcyjne, szybko przynoszą efekty i jeśli na tych zajęciach mają zapewniony dostęp do dobrej klasy instrumentów i innych urządzeń technicznych, akustycznych i audiowizualnych, a więc tzw. pomocy naukowych.

Szkoły, jak powszechnie wiadomo, nigdy nie były najbogatszymi instytucjami, ale w naszym liceum zawsze udawało się rozwiązywać te problemy. Wspomniałem już o uzupełnianej płytotece, kupowaniu ukazujących się na rynku nowych typów gramofonów i magnetofonów, ale znacznie droższe były urządzenia, takie jak wzmacniacze, miksery akustyczne i przede wszystkim instrumenty.

Władze oświatowe często przekazywały szkołom resztki środków finansowych, najczęściej na kilka dni przed zakończeniem roku budżetowego, by sobie coś kupiły.

Niewykorzystane pieniądze zabierał bowiem budżet państwa. W tej sprawie umawiałem się z dyr. Drzazgą i uzyskiwałem akceptację, że dokonam stosownych zakupów w ciągu kilku ostatnich dni roku. Nie było to oczywiście rzeczą prostą w czasach olbrzymich braków na rynku, ale udawało się i szkoła zaopatrzona została w instrumenty i urządzenia techniczne na poziomie funkcjonujących w Częstochowie zakładowych domów kultury.

Mówiąc o zaopatrzeniu szkoły, wspomnieć muszę dwa wydarzenia. Profesor Kolman załatwił rzecz wtedy prawie nieosiągalną. Szkoła w darze od jego rodziny otrzymała ze Stanów Zjednoczonych dwa mikrofony firmy Shure. Wszystkie kłopoty administracyjne i celne wziął na siebie dyr. Drzazga i do dziś pamiętam jak bardzo cieszyli się z tych mikrofonów uczniowie.

Drugie wydarzenie związane jest z moimi rozmowami z dyr. Drzazgą o zespole instrumentalnym. Twierdziłem, że zespół młodzieżowy złożony tylko z trzech gitar i perkusji może uzyskać dość ograniczone brzmienie i że trzeba w miarę postępów takiego zespołu, wzbogacać instrumentarium. Tak znalazły się w zespole inne instrumenty, np.: organy, ale ja i tak chciałem rozwijać instrumentarium o bardziej wyrafinowane i ciekawie brzmiące instrumenty. Marzyłem o wibrafonie.

Dyrektor Drzazga wiedział o tym i kiedyś podjął ze mną taką rozmowę: „Myślałem zakupić dla fizyków urządzenie… (którego nazwy ja już nie pamiętam), które będzie wykorzystane na lekcjach fizyki 2 razy w klasie II i raz w Klasie III […]. Mówił mi Pan coś o wibrafonie. A jak będzie go Pan wykorzystywał?” Odpowiedziałem: „Na każdej próbie i na każdym występie”. Pomyślał chwilę i powiedział „kupimy wibrafon”. Dyrektor Drzazga był fizykiem.

Epizod VII

 Z chwilą gdy w szkole działalność harcerską rozwinął prof. Kolman, otworzyły się nowe możliwości dydaktyki artystycznej. Z inicjatywy prof. Kolmana rozpoczęło się wiele sensownych dydaktycznie i wychowawczo działań w szkole. Zradiofonizowana została cała szkoła, powstało małe studio nagrań, organizowane były różnorodne spotkania w harcówce, wyjazdy do teatru, filharmonii w Warszawie, a także wycieczki, w tym również zagraniczne. W tej atmosferze powstał w szkole zespół artystyczny „Totem”. Najbardziej spektakularną działalność w „Totemie” prowadził zespół instrumentalny i jego soliści, ale w ramach tego zespołu funkcjonowały również inne grupy muzyczne, np. zespół fletów prostych, mały zespół wokalny, grupa choreograficzna, a także chór szkolny.

Z 30-osobwym chórem żeńskim „Totem” pojechałem do Kielc na V Harcerski Festiwal Kultury Młodzieży Szkolnej (1978). Odbywały się tam warsztaty chóralne prowadzone przez naprawdę dobrych specjalistów, konkursowe występy, piesze wycieczki, zabawowe przemarsze przez miasto. Wszystko to miało szalone wprost tempo, a nas szczególnie kondycyjnie dobijały jeszcze wielogodzinne nagrania radiowe przygotowywane na koncert finałowy festiwalu.

Pewnego dnia, między warsztatami chóralnymi a innymi zajęciami, musiałem zrobić krótkie zebranie całego chóru w moim pokoju, gdzie były cztery wolne łóżka. Trzydzieści dziewcząt, by się zmieścić, siadło a kilka osób położyło się nawet na tych łóżkach. Pod dwudziestu minutach dziewczyny wyszły a jedna została w moim łóżku, bo po prostu ze zmęczenia zasnęła. Wychodząc na dalsze zajęcia zostawiłem jej koleżankę, by ją przypilnowała, ale wszyscy mieli „ubaw” z faktu, że spała w moim łóżku.

Organizatorzy Festiwalu zrobili nam jeszcze jedną niespodziankę, pieszą kilkukilometrową wycieczkę. Dostaliśmy przydział bułek i konserwy i zaczął się dla mnie problem. Byłem jedynym facetem w tym gronie, który musiał te konserwy otworzyć, bo dziewczyny sobie z nimi nie zawsze radziły i stało się! Rozerżnąłem opuszek palca do kości, że aż założono mi szwy i duży, gruby opatrunek na końcu palca.

Ta ciężka praca chóru zakończyła się dla nas jednak znakomicie. Chór otrzymał główną nagrodę Festiwalu „Złotą Jodłę”, którą odebrał po swoim występie w czasie finałowego koncertu. Koncert ten odbył się w pięknym amfiteatrze „Na kadzielni” usytuowanym w wyrobisku kamieniołomów. Wszyscy bardzo się cieszyliśmy, a ja podwójnie, bo jedyny raz w życiu otrzymałem nagrodę „najsympatyczniejszego instruktora”. Myślę, że pomógł mi przypadek. Proszę sobie wyobrazić tysiącosobową widownię amfiteatru: wychodzi chór, a następnie w świetle reflektorów dyrygent. Podnosi ręce do dyrygowania i wszystkie oczy skierowane są na sterczący wskazujący palec prawej ręki zakończony dużą białą kulą. Wymachiwanie tą ręką zmusza do śledzenia tego ruchu i widownia ma „przednią zabawę”. Wniosek – jak tu nie wierzyć w powiedzenie „sztuka wymaga ofiar”.

 Epizod VIII

 Wspomniałem, że najbardziej spektakularną działalność prowadził w „Totemie” zespół instrumentalny i jego soliści. Na bazie nagrań dokonanych przez ten zespół w studiu Polskiego Radia w Opolu realizowana była cała produkcja programów rozrywkowych. Młodzież pisała samodzielnie teksty, wymyślała scenariusze , scenografię, choreografię, sama była aktorami tego programu oraz tworzyła całą ekipę techniczną, nagłośnieniową i oświetleniową. W całą tę zabawę zaangażowanych było ponad 100 osób i, jak sądzę, ta forma działalności została najbardziej zapamiętana przez byłych uczniów.

Myślę jednak, że dzisiaj znacznie ciekawsze będą mechanizmy i „kuchnia” funkcjonowania takich zespołów oraz przygotowanie takich projektów artystycznych.

Muzyka rozrywkowa jest w sposób naturalny lubiana przez młodzież i może być znakomitym punktem wyjścia do podjęcia samodzielnego muzykowania, a więc najbardziej kształcącej formy edukacji muzycznej. Uczniowie z największymi predyspozycjami i umiejętnościami muzycznymi trafiali do zespołu instrumentalnego, który z kolei przygotowywał akompaniamenty dla przyszłych solistów– piosenkarzy. Takiej grupie osób stawiałem coraz większe wymagania dydaktyczne. Zaczynaliśmy od lubianych piosenek – szlagierów np. „Motylem jestem”, „Na wierchach wieje wiatr”, aranżując je coraz bardziej ambitnie, włączając chóry (Jaskółka uwięziona, Andrea Doria) i zwiększając instrumentarium. Zespół instrumentalny złożony w części z uczniów szkoły muzycznej robił szybko postępy i w związku z tym proponowałem im modne wtedy opracowania utworów tzw. muzyki poważnej w rozrywkowej formie (Eine kleine Nachtmusik Mozarta, Taniec ognia M. de Falli).

Z chwilą kiedy zespół z tego typu wykonawstwem już sobie radził, bardzo namawiałem wszystkich członków zespołu, by zamiast wykonywać czyjeś piosenki i szlagiery, pisali je sami. Tak ruszyła dla mnie najwyższa forma wtajemniczenia muzycznego, za jaką uważam twórczość muzyczną.

W studiu w Opolu nagraliśmy już większość własnych kompozycji uczniów, przy czym podając nazwiska autora często należy rozumieć, że to był pomysłodawca a całkowity kształt utworu był opracowywany na próbach i zawierał pomysły wszystkich członków zespołu.

Trzymając się dalej zasady: nic o muzyce bez muzyki, proponuję Państwu przesłuchanie nagranych w studiu radiowym utworów.

Kolejność nagrań:

Piosenki

  1. Na wierchach wieje wiatr

– śpiewa Alina Moskalik

  1. Przy blondyneczce

– śpiewa Ariadna Amiga

  1. Zieloną drogą

– śpiewa Małgorzata Wiśniewska

  1. Motylem jestem

– śpiewa Iwona Ostrowska

Rozrywkowe opracowania muzyki poważnej
  1. A. Mozart – Eine kleine nachtmusik

– zespół instrumentalny

  1. Manuel de Falla Taniec ognia (na początku brak 1 ścieżki)

– zespół instrumentalny

Kompozycje uczniów
  1. Fujarka
  • – Jerzy Prusek
  • śpiewa – Iwona Ostrowska
  1. Iść z wiatrem

– muzyka i śpiew – Sylwester Trzepizur

  1. Hiszpański pastisz
  • i śpiew – Sylwester Trzepizur
  • gitara – Przemysław Kusiński
  1. Rondo klasyczne

– muzyka i gitara – Przemysław Kusiński

  1. Oberek

– muzyka i gitara – Przemysław Kusiński

  • muzyka i fortepian – Tadeusz Biernacki
  1. A kiedy mi przyjdzie ten świat porzucić

– muzyka – Tadeusz Biernacki

– śpiewa – Jolanta Dyluś

– solo saxofon – Marek Walarowski

  1. Tango Deszczówka

– muzyka i śpiew – Jolanta Dyluś

  1. Malowanym kwiatom

–muz. i śpiew – Jolanta Dyluś

– solo saxofon – Marek Walarowski

  1. Ballada o staruszku

– muzyka i śpiew – Jolanta Dyluś

  1. Baju, baju w tramwaju

– muzyka – Marek Walarowski

– śpiewa – Iwona Ostrowska

  1. Miłość we śnie

– muzyka – Mirosław Kapsa

– śpiewa Alina Moskalik

  1. Oczekiwanie

– muzyka – Mirosław Kapsa

– śpiewa Alina Moskalik

  1. Imię dziewczęce

– muzyka – Mirosław Kapsa

– śpiewa Alina Moskalik

  1. Dzika róża

– muzyka – Mirosław Kapsa

– śpiewa Alina Moskalik

  1. Toccatta

– muzyka i fortepian – Wojciech Dyner

  1. Sonety do Laury – Petrarka

Widziałem wzniosłość

Były to włosy

Jeśli to nie jest miłość

Miłość na cel mnie wystawiła

  • muzyka i fortepian – Wojciech Dyner
  • śpiewa – Zenon Przygódzki
  • zespół wokalny
  • recytacje