Wspomnienia p. Wiesława Paluszyńskiego (matura 1973)

W 1973 roku wczesną wiosną w na zamku w Olsztynie k. Częstochowy spotkała się gromadka młodych. Spotkanie było ważne. Jaskinia zamkowa spowita w cienie rozświetlane blaskiem kilku słabo migoczących pochodni. I słowa, które padły: „Przyjmuje obowiązki instruktora Związku Harcerstwa Polskiego……”. Każdy z nowych instruktorów złożył podpis pod tekstem zobowiązania instruktorskiego. Ten tekst przetrwał ze mną wszystkie te lata i załączam go do tego mojego krótkiego wspomnienia. Podpisali się na nim wszyscy nowi „organizatorzy” (tak się wtedy nazywał pierwszy stopień instruktorski).  Dla mnie było to zakończenie dwóch lat budowania od podstaw drużyn harcerskich w naszym Liceum, dla młodszych było to rozpoczęcie przygody z harcerstwem w innej roli, roli instruktorów ZHP. Za kilka miesięcy miałem zdawać egzamin maturalny i chciałem, aby Szczep Harcerski im. Bohaterów Powstania Styczniowego jaki odbudowałem w ciągu dwóch lat z praktycznego niebytu, stał się ważnym miejscem aktywności dla moich młodszych koleżanek i kolegów. Ilość nowych instruktorów była znaczna. Perspektywy otwierały się świetlane, ale dla mnie było to pożegnanie z Częstochową, wybrałem studia na Politechnice Warszawskiej i musiałem wyjechać.

Wśród samych młodych stojących w jaskini był jeden starszy, a był nim prof. Włodzimierz Kolman, którego namówiłem na przejęcie funkcji Komendanta Szczepu. Ładnie to dzisiaj brzmi „namówiłem”. Jak do czegokolwiek mógł namówić uczeń przed maturą swojego nauczyciela,    a jednak…. Jedno mieliśmy wspólne;  profesor i ja mieliśmy taki sam stopień instruktorski, więc porozumieliśmy się. Szczep prowadziłem do samej matury, a w czerwcu 1973 roku Komendantem Szczepu został w miejsce ucznia i absolwenta, nauczyciel. W tamtym okresie było to ważne. Znacznie zwiększyło  możliwości działania w porozumieniu ze szkołą. Druh Włodzimierz Kolman był człowiekiem niespożytej energii i wspaniałym partnerem dla wszystkich instruktorów w szkole i poza szkołą. Wcale mu to nie przeszkadzało w wyciskaniu z instruktorów na lekcjach siódmych potów w nauce jeżyka rosyjskiego. Jeśli ktokolwiek nauczył mnie rozumieć ducha i melodykę tego języka, co w dorosłym życiu wielokrotnie się przydało, to był to właśnie prof. Włodzimierz Kolman. Udało mu się nauczyć piękna literatury rosyjskiej w oderwaniu od indoktrynacji politycznej, po latach trzeba o tym pamiętać !!!!

Dlaczego trafiłem do harcerstwa w Traugucie? To jest też osobny wątek. Od młodości kochałem wypady na rajdy po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Zacząłem to łazikowanie jeszcze w 1967 roku w szkole podstawowej z moim serdecznym przyjacielem, kolegą z klasy w podstawówce i liceum, niestety nieżyjącym już, Leszkiem Kwaśnikiem. Aby łazikować, zapisałem się do PTTK i tam poznałem wspaniałego gawędziarza, przewodnika i organizatora rajdów Pana Zygmunta Łęskiego. To on zaszczepił we mnie pasję poznawania historii Częstochowy i wędrówek po Górach Świętokrzyskich i Jurze. To z nim poznawałem Beskid Śląski i Tatry. Gdy trafiłem do Traugutta, moim pierwszym wychowawcą został prof. Mieczysław Herman, a nauczycielem języka polskiego prof. Józef Wójcicki. Obaj profesorowie budzili szacunek, ale z nutką strachu, jak sobie z nimi poradzę. I okazało się, że obaj wywarli wpływ na całe moje życie. Pamiętam pierwszą klasową wycieczkę z prof. Hermanem do Olsztyna, ale nie na zamek, tylko  do lasu. To była lekcja historii takiej, jakiej nie było w szkole. Profesor poprowadził nas na miejsce straceń w podolsztyńskim lesie i opowiedział nam o naszym przedwojennym dyrektorze, senatorze RP Dominiku Zbierskim. Od tego momentu inaczej zacząłem patrzeć na swoje liceum. Z osobą Dominika Zbierskiego spotkałem się nieoczekiwanie w kolejnych latach mojego zaangażowania w harcerską służbę, gdy poznałem Szczep „Watra” z Gdańska, w którym wieloletnim  instruktorem harcerskim był … syn wspomnianego Dominika Zbierskiego. Wszystko ma więc swoją praprzyczynę.

Profesor Wójcicki zaś namówił mnie na aktywność w kółku recytatorskim w Towarzystwie  im. Adama Mickiewicza w Częstochowie, któremu w owym czasie przewodniczył. Nauczył mnie mówić w dobrej polszczyźnie, dzięki niemu odkryłem Gombrowicza i Żeromskiego, a w twórczości Żeromskiego nie publikowane w okresie powojennym opowiadanie „o złotym skaucie”. Potem wszystko zaczęło się łączyć. Zygmunt Łęski okazał się wojennym instruktorem harcerskim  „Szarych Szeregów” i powojennym, do 1948 r. ZHP , który nie mogąc realizować swojej harcerskiej pasji w oficjalnym ZHP, zaszczepił nam „harcerstwo” w PTTK. Profesorowie zaś pokazali drogę do tego co dzisiaj nazwalibyśmy mądrym patriotyzmem. Efektem była próba zbudowania „swojego” harcerstwa, jaką podjąłem  w liceum. Budowałem to „harcerstwo słabo orientując się w regulaminach i strukturach, ale za to dobrze wiedząc, co chcę zbudować. W wielu przypadkach okazywało się, że to, co buduję ze swoimi młodymi współpracownikami, wiele z oficjalnymi zaleceniami, programami  władz ZHP nie miało, ale do młodzieży docierało bardzo szybko. Uczyliśmy się tego harcerstwa po prostu od kogoś innego. Trzeba przyznać, że ówczesne władze harcerskie z Hufca Częstochowa z druhną Komendantka Hufca Teresą Komender  nie przeszkodziły w tym eksperymencie i poleciało ….

Lata, które nadeszły dla harcerstwa w naszym liceum po 1973 roku  były najlepsze w całej jego dotychczasowej historii. Obserwowałem aktywność Szczepu i Włodka z innej perspektywy, choć za każdym razem gdy bywałem w Częstochowie, spotykaliśmy się i rozmawialiśmy o wielu sprawach związanych z harcerstwem. Przez dwa lata miałem jeszcze w Szczepie informatora w postaci brata, który też był instruktorem harcerskim. Potem wciągnęło mnie harcerstwo w Warszawie. Byłem mu wierny przez kilkadziesiąt lat, praktycznie do 1995 roku, kiedy uznałem, że harcerskie podziały nie pozwalają mi dalej na czynną służbę. Postanowiłem też po 1990 roku wykonać dorosłą część mojego „harcerstwa”. Było to prawie 15 lat służby publicznej w Urzędach Centralnych, Kancelarii Prezydenta, agencjach rządowych, spółkach skarbu państwa. Praca społeczna w samorządzie gospodarczym i  wiceprezesowanie  Polskiemu Towarzystwu Informatycznemu, ale to inna bajka.

Skończyłem służbę w ZHP  w stopniu harcmistrza z kilkoma odznaczeniami i dziesiątkami tysięcy młodych ludzi, którzy przewinęli się przez drużyny i szczepy z Hufca Mokotów im. Szarych Szeregów, który prowadziłem ładnych kilka lat  i w którym działałem. Spełniłem część swojego snu o harcerstwie, które wróciło do korzeni, miałem w to własny wkład jako wiceprzewodniczący Społecznej Rady ZHP i sekretarz Generalny Krajowego Komitetu Odrodzenia ZHP w 1990 roku. Byłem członkiem pierwszej polskiej delegacji po 1948 roku, na Konferencję Skautów w Paryżu. Poznałem wspaniałych ludzi , takich jak Naczelnik Szarych szeregów Stanisław Broniewski, Aleksander Kamiński, Zofia Florczak, którzy tworzyli historię wojennego i powojennego harcerstwa i byłem z nimi zaprzyjaźniony, odprowadzałem ich na wieczną wartę. Wychowywałem w harcerstwie  wiele pokoleń młodych, którzy dzisiaj są na eksponowanych stanowiskach w administracji, wojsku, biznesie. Wielu jest moimi przyjaciółmi.  Ale na początku tej harcerskiej drogi był druh Zygmunt Łęski z PTTK i była jaskinia w olsztyńskim zamku..

Patrzę  na harcerstwo z boku, bolą mnie podziały i upadek etosu.

Ale jako niepoprawny optymista kreślę tych kilka słów do najmłodszych czytelników tych jubileuszowych, wydawanych w kolejną rocznicę powstania naszej „budy”, wspominek. Mam nadzieję, że kolejni młodzi w naszej szkole znajdą jednak swoje „harcerstwo”, swoją przygodę i zrealizują swoje wizje. To zależy od nich samych. Słowa się ostatnio zdewaluowały, więc wsłuchajmy się w swoje marzenia….. Wsłuchujcie się w swoje marzenia i realizujcie je …. To powinno być Wasze „harcerstwo”.