Monthly Archives: Październik 2014

Wspomnienia p. Marka Walarowskiego

Całe moje życie związane jest z muzyką. Zagrałem setki koncertów mniejszej i większej rangi- również przed wielotysięczną widownią z transmisjami radiowo-telewizyjnymi. Wszystkie poprzedzone były próbami, podczas których się …nudziłem. Dlaczego?- Pora cofnąć się do początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Już w pierwszej klasie Liceum dostałem się do szkolnego zespołu muzycznego. Jego skład krystalizował się stopniowo. Odbywaliśmy regularne próby dwa razy w tygodniu,  centrum naszego zainteresowania była pop music w jej najbardziej ambitnej formie. Opiekunem zespołu był prof. Krzysztof Pośpiech, który ,jak pokazał czas, sporo nas nauczył, a któremu ja zawdzięczam szczególnie wiele. To On wspierał mnie w drodze na bardzo elitarne studia, których konsekwencją były moje późniejsze sukcesy i zaszczyty.
Czas zatarł już nieco wspomnienia i nie pamiętam momentu, w którym nasz  Zespół znalazł się w strukturach Harcerstwa. Pamiętam tylko, że był to okres, kiedy wszystko, co najlepsze w naszej szkole, nosiło mundurek i, jak pokazała przyszłość, ich posiadacze nie musieli się wstydzić swoich życiorysów. Do dziś postrzegam Harcerstwo przez pryzmat osoby prof. Włodzimierza Kolmana i tego, co przełożyło się na moje muzyczne zainteresowania. Zagraliśmy mnóstwo koncertów, braliśmy udział w realizacji programu telewizyjnego, a także dokonaliśmy nagrań w Studio Polskiego Radia w Opolu, z którym z tytułu moich licznych występów na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej, byłem związany przez długie lata. Realizatorzy moich autorskich nagrań pamiętali po latach  i wspominali z sympatią grupę entuzjastów z Częstochowy. Nie wspomnę już ile przygotowań i prób wpłynęło na ten nasz  sukces. Jedno jest niezaprzeczalne- tamte próby, w konfrontacji z tymi późniejszymi, „profesjonalnymi”-   były fantastycznie ciekawe. Dziś również wiem, jako wykładowca w Instytucie Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach, że wcale nie tak łatwo jest wskrzesić pasję u młodych ludzi, więc moja wdzięczność i podziw dla naszych opiekunów jest tym większa, zwłaszcza, że nie tylko ja jeden z naszego Zespołu pozostałem wierny muzyce. Ale o tym niech opowiedzą oni sami…
Harcerstwo, to nie była dla mnie tylko muzyka. To również były obozy i fajna zabawa. Ale ta część wspomnień ma charakter bardziej osobisty. Dziś wiem, że był to najpiękniejszy czas w moim życiu. Nigdy nikogo i niczego nie zapomnę i za wszystko bardzo, bardzo dziękuję.

Wspomnienia (2008r.) p. Krzysztofa Pośpiecha

W II LO im. R. Traugutta pracowałem 20 lat (1967–1987). Zaczynałem jako prawie początkujący nauczyciel wychowania muzycznego, będąc niewiele starszym od uczniów… Z perspektywy czasu sądzę, że mam pełne prawo powiedzieć, że w miarę szybko „dogadałem się” z uczniami i naprawdę polubiłem tę pracę. Myślę także, że pracując z tymi młodymi ludźmi, uczyłem się przy nich sam, szczególnie dydaktyki i rzemiosła muzycznego.

Mając do czynienia z młodymi, inteligentnymi ludźmi, często o dużych predyspozycjach muzycznych (był podział klas na grupę plastyczną i muzyczną) należało tylko stworzyć mechanizmy i zachęty, by przedmiot wychowania muzycznego nie stał się przysłowiowym „michałkiem” w hierarchii nauczanych przedmiotów. Sądzę dziś, że postawiłem młodzieży dość wysokie wymagania dydaktyczne, a z drugiej strony organizowałem im wiele atrakcyjnych występów, np. wycieczek integrujących ich w pracy artystycznej. Myślę, że większość tych założeń pedagogicznych udało się zrealizować, głównie dzięki osiągniętym w miarę szybko efektom ich pracy.

Funkcjonowały wtedy w różnym czasie takie zespoły, jak: wielogłosowy chór mieszany, żeński, mały zespół wokalny, zespół instrumentalny i soliści– wokaliści, a nawet zespół pieśni i tańca.

Mogły one funkcjonować w oparciu o przedmiot wychowania muzycznego i wykorzystanie faktu, że uczyło się w naszej szkole również kilku uczniów szkoły muzycznej.

Po latach, obok ogólnej atmosfery panującej w szkole, najbardziej pamiętam kilka epizodów, które miały wpływ na moją pracę oraz wiele zabawnych sytuacji ze szkolnego życia.

Wspomnienia p. Wiesława Paluszyńskiego (matura 1973)

W 1973 roku wczesną wiosną w na zamku w Olsztynie k. Częstochowy spotkała się gromadka młodych. Spotkanie było ważne. Jaskinia zamkowa spowita w cienie rozświetlane blaskiem kilku słabo migoczących pochodni. I słowa, które padły: „Przyjmuje obowiązki instruktora Związku Harcerstwa Polskiego……”. Każdy z nowych instruktorów złożył podpis pod tekstem zobowiązania instruktorskiego. Ten tekst przetrwał ze mną wszystkie te lata i załączam go do tego mojego krótkiego wspomnienia. Podpisali się na nim wszyscy nowi „organizatorzy” (tak się wtedy nazywał pierwszy stopień instruktorski).  Dla mnie było to zakończenie dwóch lat budowania od podstaw drużyn harcerskich w naszym Liceum, dla młodszych było to rozpoczęcie przygody z harcerstwem w innej roli, roli instruktorów ZHP. Za kilka miesięcy miałem zdawać egzamin maturalny i chciałem, aby Szczep Harcerski im. Bohaterów Powstania Styczniowego jaki odbudowałem w ciągu dwóch lat z praktycznego niebytu, stał się ważnym miejscem aktywności dla moich młodszych koleżanek i kolegów. Ilość nowych instruktorów była znaczna. Perspektywy otwierały się świetlane, ale dla mnie było to pożegnanie z Częstochową, wybrałem studia na Politechnice Warszawskiej i musiałem wyjechać.

Wśród samych młodych stojących w jaskini był jeden starszy, a był nim prof. Włodzimierz Kolman, którego namówiłem na przejęcie funkcji Komendanta Szczepu. Ładnie to dzisiaj brzmi „namówiłem”. Jak do czegokolwiek mógł namówić uczeń przed maturą swojego nauczyciela,    a jednak…. Jedno mieliśmy wspólne;  profesor i ja mieliśmy taki sam stopień instruktorski, więc porozumieliśmy się. Szczep prowadziłem do samej matury, a w czerwcu 1973 roku Komendantem Szczepu został w miejsce ucznia i absolwenta, nauczyciel. W tamtym okresie było to ważne. Znacznie zwiększyło  możliwości działania w porozumieniu ze szkołą. Druh Włodzimierz Kolman był człowiekiem niespożytej energii i wspaniałym partnerem dla wszystkich instruktorów w szkole i poza szkołą. Wcale mu to nie przeszkadzało w wyciskaniu z instruktorów na lekcjach siódmych potów w nauce jeżyka rosyjskiego. Jeśli ktokolwiek nauczył mnie rozumieć ducha i melodykę tego języka, co w dorosłym życiu wielokrotnie się przydało, to był to właśnie prof. Włodzimierz Kolman. Udało mu się nauczyć piękna literatury rosyjskiej w oderwaniu od indoktrynacji politycznej, po latach trzeba o tym pamiętać !!!!