Monthly Archives: Czerwiec 2014

Wspomnienia p. Piotra Machury

Kiedy zadaję sobie pytanie „Czym dla mnie było harcerstwo w Traugucie?”, uświa- damiam sobie, że tak zadane pytanie ujawnia pewien podtekst. Dlatego sądzę, że postawione jest właściwie. Należy bowiem zdecydowanie odróżnić zwykłe harcerstwo od harcerstwa w Traugucie. Mając w pamięci wszystko, co otaczało nas w tamtych czasach, trzeba otwarcie powiedzieć, że były to dwa różne pojęcia!
Ilekroć wracam myślami do tamtego okresu, są to zawsze bardzo miłe wspomnienia. Tyle rzeczy działo się co dzień. Czasem tak dużo, że na naukę trochę brakowało czasu.
Spędziłem w Traugucie trzy lata i tyle samo w organizacji, która nazywana była harcerstwem a właściwie Harcerską Służbą Polsce Socjalistycznej, okropność. Nie pamiętam, aby ktoś z nas przywiązywał  wagę do tej oficjalnej nazwy, dla większości  najważniejsze było, ze tworzymy coś wyjątkowego. Kiedy dzisiaj, z ponad trzydziestoletniej perspektywy mam odpowiedzieć na pytanie „czym było to, co stworzyła dla nas organizacja?” Nasuwa mi się na myśl truizm , że była to dobra szkoła Życia.
Teraz jestem przedsiębiorcą i zarządzam sporą grupą ludzi. Prawie codziennie otrzymuję oferty szkoleń o przeróżnej tematyce. Bez wielkiej przesady mogę stwierdzić, ze nie ma tam  niczego, czego w naszym harcerstwie byśmy nie doświadczali.
Zarządzanie zespołem, zarządzanie czasem, zarządzanie sobą, zarządzanie projektami, negocjacje handlowe, logistyka, zarządzanie konfliktem, zarządzanie w warunkach kryzysu, zarządzanie w stresie, delegowanie uprawnień, odpowiedzialny biznes  to tylko niektóre tematy proponowanych dzisiaj szkoleń. My wtedy,  30 lat temu,  nieświadomie przerabialiśmy w praktyce zagadnienia z tych seminariów. W warunkach zaawansowanego socjalizmu przemierzaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz , bez kompleksów zapuszczaliśmy się do sąsiednich krajów. Przy permanentnym braku wszystkiego w sklepach, w niemal każdym z krajów byłego bloku sowieckiego, my potrafiliśmy zupełnie przyzwoicie wyżywić przez trzy tygodnie siedemdziesiąt osób na campingach Bułgarii, Rumunii czy NRD. Każdy z takich wyjazdów był potężnym wyzwaniem operacyjno-logistycznym, w którym musieliśmy otrzeć się o większość kompetencji wymaganych przy zarządzaniu projektami. Od planowania, poprzez przygotowanie, budżetowanie, zaopatrzenie, zarządzanie realizacją po zapewnienie bezpieczeństwa.

Wspomnieniea p. Sławomira Litwińskiego

                    … tylko włosów żal

Namówiony na chwilę wspomnień z działalności  w harcerstwie w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku w II Liceum im. R. Traugutta w Częstochowie, usiłuję „odgrzebać” w pamięci zdarzenia i atmosferę z tamtych lat. Relacja będzie mało wysublimowana językowo, bo czegóż można oczekiwać od zdeklarowanego technokraty.
Połowa lat siedemdziesiątych to również połowa „epoki Edwarda Gierka”, ale pomimo działania w Harcerskiej Służbie Informacyjnej w zasadzie nigdy nie odczułem socjalistycznej indoktrynacji politycznej, może ze względu na komendanta szczepu prof. Włodzimierza Kolmana, może ze względu na moje neutralne zainteresowania elektroniką.
Wszystko zaczęło się chyba w 1973 r. od nagłaśniania spotkań dyrekcji z uczniami. Pamiętam wielkie kolumny, które rozstawialiśmy w korytarzach oraz mnóstwo kabli. Nie pamiętam skąd wziął się pomysł zbudowania szkolnego radiowęzła, ale przypuszczam, że od prof. Kolmana, który w swoich czasach studenckich działał w akademickim radiu w Opolu. Pierwszym zakupem szkolnym była radiola stosowana w zakładowych radiowęzłach różnych ówczesnych fabryk. Stuwatowy lampowy jej wzmacniacz był potęgą w owych czasach, w dobie dwuwatowych gramofonów „Bambino”.
Po zakupie specjalnych głośników do każdej sali, chyba w 1974, rozpoczęła się budowa radiowęzła. Od początku w samą budowę, a później w obsługę, byli zaangażowani sami uczniowie, co wiem skądinąd, jest kontynuowane do dzisiaj.  Największym problemem tamtych czasów były braki materiałowe. Pamiętam, że np. niezbędny kabel ekranowany był kupiony w czasie jakieś wycieczki we wschodnie tereny kraju. Po zdobyciu niezbędnych materiałów rozpoczęła się budowa studia, reżyserki dźwięku, a przy okazji też harcówki mającej służyć spotkaniom druhów. Problemem była fatalna akustyka studia, której nie poprawił wymyślny sufit z płyt styropianowych, a dopiero płyty tłumiące na ściany, otrzymane jako dar od kina.
Osobnym problemem było rozprowadzenie instalacji głośnikowej do każdej sali w szkole. Prowadzenie przewodów na ścianach musiało zostać ograniczone do minimum ze względu na możliwość uszkodzenia, jak i względów estetycznych. Główne kable zostały poprowadzone zatem w kanałach ciepłowniczych. Zwiedziłem zatem szkołę w miejscach, gdzie rzadko kto bywał. Prowadząc np. kabel na szkolne boisko, raptem znalazłem się pod dnem basenu. Nigdy nie przypuszczałem, że tam jest jakiejś przejście. Pewnego razu w trakcie wykonywania połączeń okazało się, że część sal nie jest podłączona, a powinna. Po wczołganiu się w kanały C. O. okazało się, że urwany jest jeden przewód. Ponieważ nie miałem przy sobie innych narzędzi oprócz śrubokręta, postanowiłem zatem zdjąć izolację zębami w trakcie pracy. Głośniki pracowały pod napięciem 120 V, tak więc nie była to czynność przyjemna, pomimo zachowania ostrożności. Dlatego zapewne tak dobrze pamiętam ten fakt.

Wspomnienia p. Janusza Lama (matura 1976)

Częstochowa, październik 2008

 Wspomnienia z działalności w harcerstwie w liceum

Kiedy w 1972 r. przekraczałem po raz pierwszy próg Liceum im. Romualda Traugutta w Częstochowie, rozpoczynał się w moim życiu- podobnie jak w życiu moich rówieśników- nowy etap. Skończyło się definitywnie nasze dzieciństwo.
Nie pamiętam już , co sprawiło. że zapisałem się do „jedynie słusznej organizacji młodzieżowej” w owych czasach czyli harcerstwa. Przedtem i zawsze potem aż do upadku komuny wystrzegałem skutecznie się takich związków. Na pewno sprawił to jakiś przypadek.
Prawie w tym samym czasie przyszedł do naszego liceum prof. Włodzimierz Kolman i przejął opiekę nad harcerstwem w szkole. Szła za Nim legenda surowego i wymagającego belfra. W dobie panującego w środowisku młodzieżowym tumiwisizmu wraz z kilkoma kolegami chcieliśmy w związku z tym czym prędzej się wypisać z organizacji. Co spowodowało, że tego nie zrobiliśmy- także nie wiem. Na pewno znowu decydował w tym momencie przypadek. Okazało się, że ta młodzieńcza decyzja miała ogromne znaczenie nie tylko dla moich licealnych lat.
Szkoła w tym czasie służyła poza nauką  głównie indoktrynacji ideologicznej młodzieży- tworzenia „socjalistycznego społeczeństwa” ze wszystkimi tego konsekwencjami. Odruchem buntu naszego pokolenia wobec takiego świata był- jak pisałem już wcześniej- wszechogarniający tumiwisizm i działanie określane ironicznie mianem „żeby Polska nie zginęła”.
Tymczasem szybko okazało się, że w naszej organizacji nie chodzi o ideologię i fasadość działań, którą dobrze znałem z wielu przykładów tej samej organizacji w innych szkołach, również w mojej podstawówce- capstrzyki ku czci radzieckich bohaterów, wieczornice o wyższości ustroju socjalistycznego …, itd., itd.