Monthly Archives: Kwiecień 2014

Wspomnienia p. Krzysztofa Janickiego

Dziecko w czasie

Lotnisko w Belgradzie. Gdzieś przed kontrolą paszportową odbieram ten dziwny telefon. Profesor Kolman po prawie trzydziestu latach, jak gdyby nigdy nic: czy mogę napisać coś o szkole do kroniki wspomnień. Zakłada, że można mi mówić na ty – to słusznie założenie – oraz że podołam temu ważnemu zadaniu zważywszy „na dobrą opinię jaką miałeś z polskiego” – to już bardziej ryzykowne założenie. To było tak dawno, ale nie mam wątpliwości, z czym mi się ten czas kojarzy:

Child in time. Mocny numer zespołu Deep Purple, sygnał szkolnego harcerskiego radia, w którym zresztą pracowałem czytając komunikaty szkolne. Mało kto już pamięta Deep Purple – pewnie więcej osób słucha np. T-Love lub Formacji Nieżywych Schabuff –  kapel, które w tym czasie, na przełomie lat 70-tych i 80-tych, zaczynały grać w Częstochowie, wywodząc się z zaprzyjaźnionych liceów. Większość wydarzeń z życia szkoły i szczepu harcerskiego zaczynała się od fragmentu Child in Time puszczanego przez głośniki w klasach – potem następowały komunikaty informujące społeczność szkolną o najważniejszych wydarzeniach dotyczących życia szkoły. Dziś mówi się na taki sygnał jingle, ale wtedy angielski nie był jeszcze tak powszechny a w szkole go nie było, to nie wiedzieliśmy.

Z tych wydarzeń szczególnie zapadły mi w pamięci obchody święta Trybuny Robotniczej. Duża kiedyś gazeta w milionowym nakładzie, organ partii, śląski odpowiednik Trybuny Ludu. Dziś zostało po niej mniej niż po nagraniach wspomnianych zespołów rockowych, ale wtedy obchody te decydowały o życiu szkoły. Wielka coroczna impreza Trybuny Robotniczej na stadionie wymagała ze strony szkoły wysłania chóru i zespołu tanecznego, które przez cały rok bardzo intensywnie przygotowywały się do tego doniosłego wydarzenia, często nawet kosztem lekcji. Szkoła została podzielona na chór i zespół taneczny według prostego kryterium: kto umiał zaśpiewać bez fałszu gamę, szedł do chóru, reszta do zespołu tanecznego. Postanowiłem nie zaśpiewać poprawnie gamy (nie było zresztą gwarancji że to się uda) mając nadzieję na zatańczenie w parze z sympatyczną koleżanką z innej klasy (i to się akurat udało). Czołowym hitem zespołu tanecznego był utwór pt. „Koza” – monumentalna kompozycja będąca odpowiedzią kierownictwa zespołu na zapotrzebowanie kolektywu dotyczące pokazania zalet folkloru częstochowskiego. Nie jestem pewien, czy taki folklor naprawdę istnieje – na pewno natomiast istnieją rymy częstochowskie. Dowodem jest refren pieśni częstochowskiej „Koza” towarzyszącej na stadionie moim pląsom w stroju kozła, który to refren przypominam sobie z niekłamanym wzruszeniem:

Moja koza beczy
Bo ją bolą plecy

Wspomnienia p. Tadeusza Jagodzińskiego

            Przedziwne jak upływ czasu zaciera nam w pamięci nie tylko daty czy zdarzenia, ale i terminologię sprzed lat. Bo kiedy dziś, jesienią 2008. roku, usiłuję przypomnieć sobie własną działalność harcerską z liceum ( a były to późne lata 70.), to nijak nie potrafię powiedzieć, czy odbywała się ona w ramach sportowego kółka zainteresowań, czy też klubu sportowego pod egidą szczepu. Grzebię w zakamarkach pamięci i… nic! Nawet najmniejszych tropów. Cóż, uroki wieku dojrzałego… Umówmy się jednak – na potrzeby tego krótkiego wspomnienia – że był to klub, nawet gdyby niezupełnie było to zgodne z prawdą. Ale faktem na pewno jest, że staraliśmy się w ‘Traugucie’ robić coś więcej, niż tylko uczestniczyć w lekcjach i obowiązkowych imprezach szkolnych.

            Harcerstwo było wtedy jednym z obszarów, w których można się było ‘wyżyć’ – bez nadmiernej kontroli ze strony ideologicznych włodarzy – a przy okazji zdobywać praktyczną wiedzę i umiejętności, na przykład w uprawianiu marszobiegów nocą po lesie, obieraniu ziemniaków tępą finką, albo wywoływaniu zdjęć wykonanych aparatem marki Zenit. Wiem, o czym mówię, gdyż te dwie ostatnie sprawności też udało mi się zaliczyć, aczkolwiek z dość niejasnych już dzisiaj przyczyn, na dłużej trafiło mi się na tej loterii prowadzenie klubu sportowego. Klubu? W gruncie rzeczy była to działalność tzw. prezesa i bodajże zastępcy, która – znów, o ile dobrze pamiętam – sprowadzała się do dwóch podstawowych zadań: aktualizacji klubowego kącika w gablocie wiszącej w ‘kiszce’, czyli korytarzu łączącym szkolne pawilony, oraz przygotowywania serwisów sportowych dla szkolnego radiowęzła. Chyba najważniejszym zadaniem gablotowym było umieszczanie tam każdej jesieni terminarza rozgrywek piłkarskich mistrzostw szkoły oraz informacji o wynikach. Chodziło, oczywiście o piłkę kopaną, do której nasze młode ciała i umysły jakoś naturalnie lgnęły pomimo starań profesora Muszyńskiego, usiłującego nas zarazić mniej chuligańskimi odmianami gier zespołowych: koszykówką, siatkówką czy szczypiorniakiem. Na zajęciach z w.f. przykładnie ćwiczyliśmy więc dwutakty i odbiór serwu, ale po lekcjach nie dało nam się już wybić futbolu z głowy. Grywaliśmy na asfaltowym szkolnym boisku do piłki ręcznej, najczęściej pięciu na pięciu, albo szóstkami, lub siódemkami.

Wspomnienia p. Małgorzaty Jackowskiej (Kulawiak)

            W 1974 roku rozpoczęłam naukę w II LO im. Romualda Traugutta. Wybrałam tę szkołę, bo ukończył ją mój ojciec. Rekrutacja prowadzona była wówczas na podstawie świadectw ukończenia szkoły podstawowej. Kandydat musiał osobiście złożyć teczkę i wziąć udział w rozmowie kwalifikacyjnej. Ze mną taką rozmowę przeprowadził ówczesny wicedyrektor Traugutta, pan profesor Gustaw Gracki. Na zawsze pozostał w mojej pamięci fragment tej rozmowy:

Pan profesor: „Kim jest mamusia?”

Ja: „Nauczycielką”

Pan Profesor: „A tatuś”

Ja: „Inżynierem”

Pan Profesor: „A gdzie pracuje?”

Ja: „Na hucie”

Pan profesor: „Dziecko, na hucie to rusycyzm. Porównaj z „na zawodie”. Po polsku mówimy „w hucie”.

Od tej pory nigdy nie popełniłam tego błędu i obsesyjnie wręcz tępię wszechobecne ”na świetlicy”. Mimo tej gafy zostałam jednak uczennicą Traugutta.

            Szkoła w tych zgrzebnych, szarych latach PRL stwarzała uczniom mnóstwo okazji do rozwijania zainteresowań i talentów. Moją pasją była literatura i teatr. Natychmiast znalazłam możliwość zajęcia się swoimi zamiłowaniami. Pani profesor Leokadia Kołodziejczyk, moja nieoceniona polonistka, była opiekunką Koła Teatralnego. Teatralnego, z prawdziwego zdarzenia – próby prowadził aktor częstochowskiego teatru – pan Adam Nowakiewicz, a przygotowaną przez Koło w roku 1975 sztukę Gabrieli Zapolskiej – „Moralność pani Dulskiej” wystawiliśmy na scenie kameralnej Teatru im. A. Mickiewicza. Niestety, wszyscy członkowie koła teatralnego byli starsi ode mnie, i kiedy ja zdałam do drugiej klasy, oni skończyli szkołę. Nie wpadłyśmy z panią profesor na pomysł wystawiania monodramów i moja świetnie zapowiadająca się kariera aktorska szybko się skończyła.

            Nie potrafiłam chodzić do szkoły tylko po to, aby się uczyć, dlatego też zaczęłam aktywnie działać w harcerstwie, do którego należałam od pierwszej klasy. Pracowałam w agendzie kulturalnej, a wkrótce zostałam jej kierownikiem. Ta funkcja dostarczyła mi niezapomnianych wrażeń.

            Dyrektorem teatru częstochowskiego został wówczas warszawski aktor – Tadeusz Bartosik. Aktor ten znany był z roli w serialu „Stawka większa niż życie” oraz programu dla dzieci „Gąska Małgosia”, w którym aktor jako Pan Bibliotekarz prowadził rozmowy z lalką-gąską o imieniu Małgosia. Postanowiliśmy, jako agenda kulturalna, zorganizować spotkanie młodzieży Traugutta z dyrektorem teatru. Jako szefowa agendy udałam się do teatru z zaproszeniem dla p. Bartosika. Do dzisiaj jestem pewna, że imię Małgosia ułatwiło mi zadanie.