Monthly Archives: Luty 2014

Wspomnienia p. Małgorzaty Diederen (Woźniak)

Wspomnienia z harcerstwa

Harcerstwo. Wielu ludziom kojarzy się najczęściej z mundurkami, podchodami i żołnierską dyscypliną – rodzaj wojska dla młodzieży. A jeszcze druga połowa lat siedemdziesiątych – toż to była czysto polityczna organizacja, ideologiczne szkolenie przyszłych członków partii komunistycznej, mających prowadzić nas ku świetlanej przyszłości.

Ja pamiętam zupełnie inne harcerstwo.

Byłam wówczas uczennicą II LO im. Romualda Traugutta w Częstochowie, jednej z najlepszych szkół w mieście. Pod dyrekcją profesora Antoniego Drzazgi liceum przeżywało swój złoty okres, miało wielu wspaniałych nauczycieli, chór, zespół Totem oraz prężnie działający szczep harcerski. Jego „szefem” i spiritus movens był profesor Włodzimierz Kolman, człowiek o niezwykłej energii, wyobraźni i własnej wizji tego, czego potrzeba młodym ludziom. Harcerstwo to był pretekst, środek, za pomocą którego pokazywał nam, nastolatkom, co to jest samodzielność, odpowiedzialność, uczciwość, solidarność. Pokazywał nam świat, poszerzał nasze horyzonty, pokazywał, dlaczego warto wędrować po górach, dlaczego warto zwiedzać świat, dlaczego warto mieć pasje, dbać o nie, dlaczego warto czasami upierać się przy swoim.

Czasy nie sprzyjały wtedy takim ludziom. Trzeba było mieć wiele energii, żeby pokonywać „trudności dnia codziennego”. Z dzisiejszego punktu widzenia organizowanie corocznych obozów w Bułgarii i Rumunii było prawdziwą sztuką. Ale jakoś nam się udawało. Trochę przy pomocy rodziców, trochę przy pomocy absolwentów – jednak większość prac wykonywaliśmy sami.  Co roku trzeba było przeglądać namioty, naprawiać je, czasami suszyć (w ogrodzie profesora Kolmana, oczywiście). Któregoś razu udało nam się nawet uszyć cały namiot – bo nowego nie mogliśmy kupić. Trzeba było zadbać o zapasy żywności. Tu przydawały się „znajomości”, rodzice pracujący w spółdzielniach spożywców, którzy mogli dla nas odłożyć parę pięciokilowych szynek w puszkach. Na rachunku „stało” co prawda „cukier”, ale kto by się tym przejmował. Dzieci na wakacjach w Bułgarii miały widocznie duży apetyt na cukier (zakupione produkty rozpisywaliśmy na jadłospisy, żeby żadna komisja nie przyczepiła się do nas o malwersacje). Kupienie mąki, ryżu, cukru (od 1976 roku na kartki), makaronu, herbaty i tym podobnych produktów w odpowiednich ilościach wymagało niezrozumiałych dzisiaj akrobacji. I udawało się, w dużej mierze dzięki niespożytej energii profesora, który nigdy nie dawał za wygraną (no, może raz, kiedy nie udało nam się napełnić butli gazowych w NRD, bo miały inne wloty, zaprzyjaźniona firma nie zdołała nam zrobić odpowiednich, mimo wysiłków profesora w tym kierunku). Zabieraliśmy ze sobą wszystko: lampy, żelazka, deski do prasowania, butle gazowe, garnki i gary, a nawet świeże jajka (oj, jak smakowała jajecznica smażona na dworcu  we Lwowie, podczas kolejnej przesiadki).

Wspomnienia p. Piotra Błędowskiego

Stwierdzenie, że z mieszanymi uczuciami przyjmuję zaproszenie do napisania o harcerstwie w liceum im. Traugutta, byłoby przesadą, choć muszę przyznać, że kiedy pomyślałem, iż czas najwyższy, by utrwalić ten fragment historii Liceum, opadły mnie wątpliwości, czy łatwo da się dziś wytłumaczyć fenomen, który miał miejsce w czasach zupełnie odmiennych od obecnych. Ta odmienność nie polegała tylko na tym, że styl życia oraz nasze możliwości zagospodarowania wolnego czasu i komunikowania się były całkiem inne niż obecnie, ale i na tym, że warunki życia diametralnie różniły się od dzisiejszych. Jeśli zatem wśród PT. Czytelników znajdzie się ktoś bardzo młody, dla kogo całe dotychczasowe życie przebiega w warunkach gospodarki rynkowej, to niech nie traktuje tych wspomnień jako wyidealizowanego obrazka z zamierzchłej przeszłości, ale jako próbę wyjaśnienia, skąd wzięła się

Legenda „Kolmańczyków”

Dla mnie ta przygoda zaczęła się chyba w 1973 r., podczas obozu harcerskiego w Tatrach i Pieninach. Harcerstwo przeżywało wówczas okres przymusowego upolitycznienia. Zamiast tradycyjnej organizacji harcerskiej w szkołach ponadpodstawowych były tworzone szczepy HSPS („Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej”), ale w „Traugucie” udało się uniknąć mieszania polityki z harcerstwem. Nie było wprawdzie wyboru, nosiliśmy nowe, nie bardzo lubiane przez nas bluzy zamiast mundurów, ale miejsca na ideologię w Szczepie nie było. Z pewnością zawdzięczamy to nie tylko samemu komendantowi Szczepu, prof. Włodzimierzowi Kolmanowi, ale i rozsądnej postawie kierownictwa szkoły i obserwujących nas bacznie nauczycieli. To właśnie jeden z nich, znany z poczucia humoru prof. Jan Tkocz, ochrzcił nas mianem „Kolmańczyków”. Do dziś nie wiem, czy było w tym więcej podziwu czy zazdrości, ale my byliśmy dumni z tego określenia.

Wracając do obozu: już po przeniesieniu do Szczawnicy prof. Kolman wyznaczył mnie i jeszcze jednego z kolegów, byśmy razem z nim szybciej przeszli trasę do Krościenka, gdzie mieliśmy odebrać zarezerwowane bilety na spływ Dunajcem. Podczas całej dość długiej trasy w upalne przedpołudnie toczyliśmy ciekawą rozmowę. No, może był to bardziej monolog naszego komendanta niż rozmowa, ale pamiętam swoje wrażenie, że ten intensywny marsz był okazją do zaprezentowania przez Włodka jego poglądów na życie i „zapuszczenia” nam wielu wartych przemyślenia idei. Miałem wówczas okazję potwierdzić pojawiające się już niekiedy wcześniej wrażenie, że nauczyciele w Liceum (a przynajmniej ich spora część) traktują nas jak partnerów.